Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca

ludzie

wtorek, 09 marca 2010

 

Maya Humo czternasty raz zmienia pracę. Nawet artystka musi płacić czynsz, nawet wtedy gdy jej artystyczna działalność nie przynosi żadnego zupełnie dochodu. Wszystkie te prace dla zarobku traktuje lekko a jednocześnie śmiertelnie poważnie. Żeby przetrwać surrealizm pracowniczej rzeczywistości wyobraża sobie, że występuje w filmie. Zapełnia ją swoimi małymi performansami, cygańskim tańcem, przemowami w wymyślonych językach. Pracodawcom brakuje jednak zrozumienia i poczucia humoru. Jej nieznośna lekkość bytu napotyka na mur realiów.

 

Reel 2009 - Nenufarine - from Maya Humo on Vimeo

 

Subkulturowo jest chyba „arty”, chociaż nie ubiera się u Viktora and Rolfa, Bernarda Wilhelma ani w Comme des garçons. Ma za to kolczyki z kapsli po piwie, zakłada trzy swetry, bo przez dziesięć miesięcy w roku marznie. Czas upływa jej ostatnio na rozmyślaniu kim jest. Dizajnerką wizualną, performerką, ilustratorką czy twórczynią wideo. I czy dobrze zrobiła porzucając Madryt i wracając po dziesięciu latach do Paryża. W między czasie zmienia po raz sto piąty tożsamość na Facebuku. Jest teraz Anną Gredzinski, wirtualnie emigruje do Warszawy i co rusz powtarza mi po polsku: „Nie płacz kiedy odjadę”.


Maya Humo, www.nenufarine.com

środa, 01 kwietnia 2009

 

Malowniczo położone wśród łagodnych mazurskich pagórków Galiny, leżą z dala od głównych szlaków turystycznych i głośnych kurortów Krainy Wielkich Jezior. Bliżej stąd do Kaliningradu, niż do Olsztyna. We wsi mieszka 910 mieszkańców, stoi tam XIV-wieczny kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i renesansowy pałac wraz z majątkiem. Oprócz samego pałacu - z oficynami, oranżerią, budynkami bramnymi i zabytkowym parkiem, jest 200 hektarów ziemi, pensjonat z gospodą, stadnina z dziewięćdziesięcioma pięcioma końmi, stajnie, ujeżdżalnia i parkur, do tego kuźnia, stolarnia, stary spichlerz i trzy stawy.

 


Joannę i Krzysztofa po raz pierwszy do Galin przywieźli ich znajomi. Ponad 10 lat temu. Zobaczyli romantyczne ruiny. Zapadnięty pod własnym ciężarem dach, z dziurami przez które przezierały snopy światła. Na zamokniętych stropach rosły małe brzózki i dorodne paprocie. Choć są przedsiębiorcami, na kupno Galin zdecydowali się bez poważnych kalkulacji i biznesplanu. Dzisiaj Joanna nazywa to szaleństwem, wtedy dała się porwać optymizmowi męża. Tym bardziej, że wystawiony w 1996 roku na sprzedaż przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne pałac kosztował tyle, co średniej klasy samochód osobowy. Dopiero później okazał się studnią bez dna. Co nie wymagało odbudowy, trzeba było remontować. Nawet fundamenty - osłabione przez czas i osuwającą się skarpę - nie trzymały grubych murów w pionie. Ściany dali spiąć stalowymi prętami przewleczonymi przez stropy. Gdy świeżo odremontowane łukowe sklepienia piwnic zaczęły się zapadać, okazało się, że podczas wcześniejszych przebudów nie stawiano ścian na swoim miejscu, obciążając w ten sposób stropy. Tak gruntownego remontu jak za Joanny i Krzysztofa pałac nie przechodził od początku swojego istnienia. Podczas prac archeologicznych i tworzenia dokumentacji zabudowań, odkryto XIII-wieczne fragmenty murów i odtworzono historię przebudów. W tym czasie Joanna z Krzysztofem kupili też tutejszy PGR, który przed wojną był częścią przypałacowego folwarku. Skorzystali z szansy, by znów połączyć pałac i folwark w jeden majątek i tchnąć w niego nowe życie.


Zaciągnęli kredyty w banku. Na potrzeby remontu uruchomili stolarnię, w której powstawały okna, kuźnię, gdzie wykuwano, wzorowane na historycznych, okucia. Od początku gromadzili też stare meble, które sukcesywnie restaurują. Część z nich jest już w odnowionych wnętrzach, inne czekają na zakończenie remontu głównego budynku. Odbudowali XIX-wieczne zabudowania folwarku. W jednym z nich otworzyli pensjonat z gospodą. Pozostałe przeznaczyli na stajnie. W 2001 roku założyli stadninę. W pierwszy weekend sierpnia organizują Galiny Cup, zawody w skokach, zjeżdża wtedy trzy tysiące osób i na kilka dni Galiny zmieniają się w polskie Aachen. Bo Galiny mają być dostępne dla wszystkich i zarabiać na siebie, a nie być prywatną rezydencją.


Joanna z Krzysztofem zebrali wokół Galin grupę sprawdzonych pracowników, którzy prowadzą poszczególne części majątku. Sprawnie już działa dwustuhektarowe gospodarstwo rolne prowadzone przez pochodzącego z Galin Marcina i stadnina, którą świetnie zajmuje się Mirek z pobliskiego Graniewa - zaczynał od kilku koni. Joanna zawsze jeździła konno, przygotowywała nawet konie do wyścigów. - Coś zresztą trzeba trzymać w stajniach. A co jak nie konie? Świnie? Nie wiem czy ktoś chciałby wtedy nas odwiedzać - żartuje. W zeszłym roku właściciele uruchomili pensjonat z gospodą. Kuchnię prowadzi Ola - po kursach mistrzowskich w najlepszych warszawskich restauracjach. Joanna liczy, że majątek stanie się kołem zamachowym dla całych Galin. Już to najpoważniejszy pracodawca w okolicy. Krzysztof załatwia sprawy firmy w Warszawie, a Joanna zajmuje się tylko Galinami, choć wciąż na stałe mieszkają w swym domu pod Warszawą sprzed 20 lat. Kiedy zakładała w Galinach ogród, przeczytała dziesiątki książek, jeździła na wystawy, uczyła się nazw setek roślin. Za to przedmioty z historią zaczęła kupować zanim kupili pałac. Na początku sama zajmowała się ich renowacją, ale po tym jak zatruła się oparami chemikaliów, zdała się na fachowców. Kiedy pensjonat z gospodą zaczną zarabiać, zacznie wykańczać główny pałac: wybierać meble,wyposażenie, kolory ścian. Wszystkiego dopilnuje. Na odpoczynek na mazurskiej „działce" pewnie zabraknie czasu.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

14:03, aleksander.lesiak , ludzie
Link Komentarze (2) »
środa, 18 marca 2009

Trzy siostry, cudowny ptak z Armenii i laserowy ploter.

Kafti założyły nieco ponad rok temu trzy siostry z Pszczyny, Sonia - rocznik '72, Monika - rocznik '74 i najmłodsza Dorota - rocznik '80. Dziewczyny z dizajnem nigdy wcześniej nie były związane, ale twórczy niepokój z każdym rokiem w nich narastał i w połowie 2007 roku podjęły decyzję o stworzeniu własnej firmy dizajnerskiej. Nazwały ją Kafti, zainspirowane ormiańską baśnią o królu, który zbudował piękny pałac, w którym brakowało jedynie cudownego ptaka. Tym miał być właśnie Kafti, czymś co ożywia, dopełnia i inspiruje.


Nasze działania połączyła wspólna pasja, chęć i potrzeba tworzenia, próba odnalezienia własnego sposobu na życie - opowiada Monika Brauntsch. Postanowiłyśmy stworzyć razem firmę, działać w obrębie designu, który zawsze nas pociągał i intrygował.
Na początku myślały o otworzeniu concept storu, sklepu z autorskim wyborem przedmiotów. Nie było takiego miejsca ani w Katowicach ani na całym Śląsku. Biznesowo pomysł wydawał się być dobry, ale brakowało im, jak same określają, elementu twórczego. Dorota, która przez dwa lata mieszkała w Danii i tam napatrzyła się na wiele fajnych sklepów i galerii, zaraziła pozostałe siostry ideą projektowania lamp z polipropylenu. Postanowiły spróbować na początek z jedną, sprawdzić czy ma to szansę chwycić. Okazało się, że projektowanie idzie nam całkiem nieźle a każdy nowy pomysł rodzi kolejny. I tak od lampy do lampy - mówi Monika. Kilka pierwszych miesięcy spędziły na projektowaniu, ale też na wdrażaniu się w świat dizajnu. Rozpracowywały tajniki tworzyw polipropylenowych, uczyły się korzystać z programów do projektowania. Początki nie były dla nich łatwe, nie miały kontaktów, brakowało funduszy. W październiku 2007 roku dostały kredyt z Bielskiego Centrum Przedsiębiorczości za który kupiły laserowy ploter (takie urządzenie do wycinania elementów z polipropylenowych arkuszy). Przez następne kilka miesięcy oswajały urządzenie i przygotowywały prototypy.

 

W maju zeszłego roku wystartowała strona internetowa (www.kafti.com)  były gotowe by pokazać się światu. Ich ulubiony projekt, lampę Alien, wysłały na konkurs Śląska Rzecz (to konkurs organizowany przez Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, który objawił nie jeden talent i nie jedną piękną rzecz), otrzymały wyróżnienie. Zachęcone sukcesem wysłały Aliena dalej, do Ronda Sztuki do Katowic, na wystawę w Brukseli, na festiwal Designu w Łodzi. W lipcu Instytut Wzornictwa Przemysłowego z Warszawy zaprosił je na Gdynia Design Days, gdzie ich lampy zrobiły prawdziwą furorę. Ludzie docenili produkty, które były nie tylko ciekawe, nie tylko ładne, ale i w cenach na każdą kieszeń (zaczynają się już od 80 złotych). Potem zostały dostrzeżone przez magazyn Elle Decoration, ich lampy zostały nominowane do nagrody Prodeco w kategorii oświetlenie, nie wygrały, ale były pokazywane na wystawie pokonkursowej i w katalogu nagrody. Idąc za ciosem pojechały na Designer's Open Festiwal do Lipska, Niemcy też polubili te lampy. Nawet bardzo. Więc co teraz? - pytam Monikę. Zaczynamy pracę nad nową kolekcją. Chcemy wprowadzić nowe kolory i wzory lamp z polipropylenu, dostajemy mnóstwo sygnałów od ludzi, mówią nam jakie lampy i kolory im się podobają i chcemy wyjść naprzeciw ich sugestiom. Myślimy też o zupełnie nowej kolekcji, z innych materiałów, nie zdradzajmy na razie z jakich.

18:10, aleksander.lesiak , ludzie
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 05 stycznia 2009

Projekty Pieke Bergmans, holenderki po Design Academy Eindhoven i Royal College of Art w Londynie, są wyjątkowe. To więcej niż pomysłowość i nowatorskie wykorzystanie materiałów, w jej pracach jest to coś, dzięki czemu jej projekty przykuwają wzrok. Lightblubs zdają się spływać, przypominając nieco magiczne lampy z oleistymi płynami w środku. Jestem wirusem - powtarza swoje credo Pieke. Poczułem się zainfekowany tym bakcylem.

18:14, aleksander.lesiak , ludzie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 stycznia 2009

Poeta plastiku i międzynarodowa gwiazda.

W Polsce Karim Rashid jest mało znany, nawet nie dlatego, że nie interesujemy się międzynarodowym wzornictwem, po prostu w sprzedaży nie ma (poza kilkoma może wyjątkami) przedmiotów sygnowanych jego nazwiskiem. Za to na świecie Rashid jest prawdziwą gwiazdą dizajnu. Ma na swoim koncie ponad dwa i pół tysiąca projektów, w większości wprowadzonych do produkcji, dwa doktoraty honoris causa (Ontario College of Art and Design oraz Corcoran College) i kilkadziesiąt wystaw indywidualnych. Współpracował z najbardziej topowymi markami, od Alessi i Georga Jansena po Kenzo, Pradę i Issey Miyake, nie stroniąc od tych popularnych jak Coca Cola. Jego prace można kupić w tysiącach sklepów na całym świecie, albo obejrzeć w jednym z czternastu muzeów, w tym tak prestiżowych jak MoMA w Nowym Jorku albo Centre Pompidou w Paryżu, gdzie znajdują się w stałych kolekcjach.

Obywatel świata.
Prywatnie Karim Rashid jest... no właśnie, kim? Urodził się 48 lat temu w Kairze w rodzinie egipsko - angielskiej, wychował w Kanadzie, a obecnie rezyduje najczęściej w Nowym Jorku. Najczęściej, ale niezbyt często. Dwieście dni w roku jest w rozjazdach, dając odczyty, otwierając swoje wystawy lub doglądając interesów. Dużo czasu spędza podobno w Belgradzie, skąd pochodzi jego żona, Ivana Puric.

Poeta plastiku.
Na międzynarodową gwiazdę został namaszczony w roku 2001, kiedy tygodnik Time poświęcił mu obszerny artykuł, nazywając poetą plastiku (choć to określenie w stosunku do jego osoby pojawiało się już wcześniej). Podobno marzy o czasach, kiedy człowiek będzie w połowie składał się z syntetyków, patrząc na jego strój trzeba przyznać, że konsekwentnie wprowadza ten zamysł w życie. Karim Rashid oprócz zachwytów, budzi również kontrowersje, swoim zamiłowaniem do różu i nieskromnymi manifestami o potrzebie zmiany świata. Najbardziej kuriozalnie brzmią deklaracje o demokratycznym i dostępnym dla wszystkich dizajnie na wysokim poziomie. W internetowym sklepie Rashida za byle stolik trzeba zapłacić kilka tysięcy dolarów. W kilku kwestiach należy mu jednak oddać sprawiedliwość. Po pierwsze stworzył własny, rozpoznawalny styl, pełen zdecydowanych kolorów, geometrycznych kształtów i obłych form, który potrafił przekuć w komercyjny sukces. Po drugie ma na swoim koncie projekty, które są zarówno dobre jak i tanie (jak choćby krzesło Oh-Chair zaprojektowane dla Umbry - kosztuje tylko 60 dolarów). Po trzecie wielofunkcyjność. Zawsze powtarzał, że jeden nowy przedmiot powinien zastępować trzy inne. Klasyczne już Q Chaise jest w zależności od upodobań stolikiem, fotelem lub szezlongiem. Gdyby nie przypadły wam jednak do gustu projekty Karima Rashida, zawsze możecie sięgnąć po jego muzykę, w wolnych chwilach jest didżejem.

23:43, aleksander.lesiak , ludzie
Link Dodaj komentarz »