Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca

miejsca

sobota, 14 kwietnia 2012

Basen admiralicji nie jest ośrodkiem sportowym francuskiej marynarki wojennej. Kwestia nazwy pozostaje zatem zagadką do rozwiązania. Budynek ma siedem pięter i 78 mieszkań, projekt złożono do realizacji w 1916 roku, ale budowa rozpoczęła się dopiero po sześciu latach. Ukończony w 1927 roku ma formę nowoczesnej modernistycznej kamienicy, jednak daleko mu od klasycznych realizacji z tamtego okresu, Le Corbusiera dla przykładu. Architekt Henryk Sauvage był bowiem protagonistą Art novueau i choć już w 1909 roku ogłosił jej śmierć, szybko odnalazł się w Art deco. I to właśnie te echa można odszukać w jego modernistycznych realizacjach.

Na uwagę zasługuje lekki betonowy daszek nad wejściem i kwadratowe świetliki w dachu nad niecką. Swoje najlepsze lata basen ma za sobą, stan sanitariatów pozostawia wiele do życzenia, ale indywidualne szatnie z niebieskimi drzwiami na dwóch piętrach, pełna dyskretnej elegancji betonowa konstrukcji wciąż może budzić zachyt. W 1991 roku budynek został wpisany na listę monumentów historycznych a w 2005 roku gruntowny remont przeszła elewacja, wykonany pod kierunkiem Gabora Mester de Paradj. Był też scenografią w filmie "Amelia", ale w jakiej scenie? Może ktoś z was pamięta?

Piscine des Amiraux, 6 rue Hermann-Lachapelle, Paris 18e

niedziela, 23 sierpnia 2009

Nie w Amsterdamie, nie w Delft ani w Utrechcie, lecz w centrum Krakowa znaleźliśmy mieszkanie, którego atmosfera przywodzi na myśl obrazy Jana Vermeera i Pietera de Hooch. Ci siedemnastowieczni holenderscy mistrzowie często malowali swoich rodaków przy codziennych domowych zajęciach. Właściciel mieszkania, filolog, tłumacz literatury niderlandzkiej, zna holenderskie obyczaje nie tylko z obrazów i twierdzi, że nawet dziś można zobaczyć takie tradycyjne wnętrza, zaglądając w okna podczas wieczornego spaceru nad kanałami Amsterdamu czy uliczkami Lejdy.

Nic do ukrycia

Zaglądamy oczywiście mimochodem, bowiem okna holenderskich domów są nieosłonięte, "bez skrępowania" ukazują wnętrza i ich mieszkańców. Na parapetach, wśród doniczek z kwiatami (Holendrzy uwielbiają rośliny) nierzadko eksponuje się pamiątki rodzinne, srebra, starocie i kurioza, symbole statusu społecznego rodziny lub zainteresowań mieszkańców domu. Zwyczaj odsłaniania okien wywodzi się z surowych kalwińskich zasad moralnych i świadczyć ma o uczciwym życiu mieszkańców domu, w którym nie ma nic do ukrycia. W ten sposób broniły się przed plotkami i obmową żony marynarzy wyruszających w długie, trwające ponad rok rejsy do Indii Wschodnich. Dziś Holendrzy rezygnują z firan i zasłon raczej ze względu na tamtejszy klimat, który skąpi promieni słońca. A poza tym oni po prostu kochają swoje domy i są z nich dumni.

Ład i symetria

W patrycjuszowskich domach Amsterdamu do środka wchodzi się często przez przedproża, ozdobione galeryjkami granitowe podesty, jakie w Polsce zobaczyć można na zrekonstruowanej gdańskiej starówce. Zarówno w bogatych, jak i w biedniejszych domostwach za drzwiami ujrzymy najpierw długą sień wyłożoną szachownicą czarnych i białych marmurowych płyt. W sieni są drzwi prowadzące do salonu, jadalni i kuchni oraz schody na wyższe kondygnacje, często tak wąskie i strome, że jedynym sposobem wniesienia mebli jest wciągnięcie ich przez okna za pomocą specjalnego haka zamocowanego u szczytu fasady budynku. Dom holenderski wita gościa zapachem mydła i krochmalu, emanuje czystością i porządkiem wyniesionymi tu wręcz do rangi cnoty. Jeszcze nie tak dawno dobre gospodynie myły codziennie nawet bruk przed drzwiami! Nie ma miejsca na artystyczny nieład, nic nie jest tu przypadkowe, każdy przedmiot ma swoje miejsce, książki leżą w równych rzędach na półkach, królują ład i symetria.

 

Miłość do rzeczy

Widać również przywiązanie do tradycji i przedmiotów - przekazywanych z pokolenia na pokolenie bibelotów i drobiazgów. Miłość do rzeczy była niegdyś w Holandii tak silna, że zamawiano u malarzy "portrety" ulubionych skarbów. W pokojach wiszą lampy naftowe i zegary, na komodach i etażerkach piętrzą się naczynia z cyny i miedzi, figurki oraz biało-niebieskie fajansowe wazy z Delftu. Nie może być na nich ani pyłku kurzu! Owe słynne kobaltowe delfty zdobione ornamentami roślinnymi, zwierzęcymi i krajobrazami narodziły się w XVII wieku jako rodzima, tańsza wersja niezwykle drogiej porcelany przywożonej na statkach z Chin i Japonii. Zamiłowanie do ceramiki było w Kraju Nizin tak wielkie, że właśnie tutaj wymyślono oszklone szafy do przechowywania zbiorów. Niektóre z nich przypominały późniejsze serwantki, inne miały formę niewielkich wiszących szafeczek ozdobionych falistym gzymsem i snycerką lub kątowych mebli pokrytych laką. Nierzadko do eksponowania fajansu i porcelany służyły oszklone wnęki w ścianach.

 

Kafelek z wiatrakiem

Holenderską specjalnością są też kafle przedstawiające scenki rodzajowe, bawiące się dzieci, pejzaże, statki, morskie potwory i ptaki. Początkowo układano z nich wyłącznie jeden rządek tuż przy podłodze, co oczywiście miało ułatwić utrzymanie ścian w nienagannej czystości (widać to na obrazach Vermeera), potem zaczęto pokrywać nimi coraz większe powierzchnie. Kafle te zyskały ogromną popularność w całej Europie i zamawiane były chętnie do dekoracji dworów i pałaców. Za granicą wytwarzano również całkiem udane kopie, słynęła z nich choćby manufaktura w położonych niedaleko Elbląga Kadynach. Tradycyjne kafle produkuje się w Holandii do dziś, są one jednak dosyć drogie - dobrą alternatywę stanowią ich włoskie imitacje dostępne również w Polsce. Motyw wiatraka kojarzący się z holenderskimi płytkami i umieszczany teraz na prawie wszystkich sprzedawanych w sklepach pamiątkach pojawił się znacznie później. Lubiany był też poza granicami Holandii, na przykład na Śląsku, gdzie w XIX wieku zdobiono w ten sposób wiele przedmiotów kuchennych - pojemniki na mąkę, cukier czy przyprawy. W Polsce naczynia dekorowane wiatrakami produkowały choćby fabryki we Włocławku i Chodzieży. Do dziś wiele tych uroczych cacek można stosunkowo tanio kupić na targach staroci.

Martwa natura z tulipanami

Nie sposób też wyobrazić sobie domu holenderskiego bez obrazów: portretów przodków, pejzaży i martwych natur. Dawniej nie były one przedmiotami zbytku (sprzedawano je na jarmarkach), kolekcje liczące po kilkaset płócien posiadali zwykle mieszczanie, a nawet chłopi mieli często po kilkadziesiąt obrazów. Malarzy traktowano jak rzemieślników, a ich usługi - jeśli oczywiście nie byli uznanymi mistrzami - nie były drogie. Widać to na przykładzie tak zwanej tulipanowej manii, która w wieku XVII ogarnęła Holandię. Cebulki kwiatów osiągały wtedy zawrotne ceny i stały się przedmiotem finansowych spekulacji, za rzadkie egzemplarze płacono nawet równowartość domu z powozem. Dlatego biedniejsi, których nie stać było na tak kosztowną pasję, decydowali się na zamówienie obrazów przedstawiających upragnione kwiaty. Teraz tulipany nie budzą takich emocji, a na targu kwiatowym w Amsterdamie w sezonie kupić można, bardzo tanio, kilkadziesiąt wspaniałych odmian. Zdobią one potem mieszkania, ułożone często w specjalnych wazach z wieloma małymi otworkami pozwalającymi na ukazanie piękna każdego kwiatu z osobna.

Wieczory przy kominku

Meble holenderskie są ciężkie, ciemne, dębowe, stare bywają bogato zdobione. Pięknie kontrastują one z jasnymi ścianami lub wtapiają się w boazerie pomalowane na typowo holenderski kolor kaczych jaj. Przypominają one do złudzenia meble gdańskie, co nie jest przypadkiem. W wielonarodowościowym Gdańsku żyła spora mniejszość holenderska, a tamtejsze rzemiosło meblarskie (jak również malarstwo, ceramika i architektura) pozostawało pod silnym wpływem Holandii i Flandrii. Częściej znajdziemy jednak sprzęty proste i surowe, z wyjątkiem wygodnych foteli obitych zwykle wzorzystymi tkaninami. Niegdyś każdy z domowników miał w salonie swój fotel oświetlony osobną lampą i stolik, na którym układano jego gazety i książki oraz ulubione przedmioty. Niestety - za sprawą telewizji stary zwyczaj wspólnego spędzania przez rodzinę wieczorów przy kominku zanikł prawie zupełnie.

 

Zbieżność gustów

Najważniejszym meblem jest stół - przykrywa się go często grubym, puszystym aksamitem utrechckim bądź dywanem w orientalne wzory. Na stole tym nie może zabraknąć holenderskich specjałów: wyśmienitej kawy i najwyższej jakości kakao, szklaneczki genever, czyli jałowcówki, jedzonego na śniadanie ciasta ontbijtkoek przypominającego w smaku piernik, chleba z rodzynkami i żółtego sera, którego nie wolno trzymać w lodówce, gdyż traci aromat. Pojawiają się też rozmaite ryby, wspaniałe śledzie, wędzone węgorze i makrele. Jeżeli ułożymy je na pięknym półmisku, łatwo uzyskamy coś na kształt martwej natury - nie sposób uniknąć skojarzeń z malarstwem, opisując holenderski dom. Warto dodać, że martwe natury niespecjalnie cenione były niegdyś przez koneserów - kupowali je głównie mieszczanie i... polska szlachta, w której dworach wisiało sporo obrazów malowanych przez artystów rzemieślników z Kraju Nizin. Być może decydował o tym podobny gust nabywców. Podobieństw takich odnaleźć można więcej, jak choćby zamiłowanie do Orientu, wschodnich dywanów, w Holandii gromadzonych jednak na mniejszą skalę niż w Polsce.

Zacznij od okna

Dom holenderski ma różne oblicza, łączy w sobie epikurejską wygodę i kalwińską surowość. Spotkać można zarówno wnętrza przeładowane meblami, drobiazgami, wyszywanymi poduszkami i gobelinami, jak i takie, które mimo nagromadzonych w nich przedmiotów nie tracą ascetycznej wręcz prostoty i elegancji. Urządzenie domu w stylu holenderskim na pewno warto polecić bywalcom targów staroci, miłośnikom tradycji oraz wszystkim tym, którzy cenią czystość i porządek, a przede wszystkim "życie dostatnie, przykładne, szczęście ciche i bez wstrząsów", jak pisał o Holendrach podróżnik Henry Havard. Niekoniecznie trzeba być przy tym posiadaczem rodzinnych zbiorów. Na początek zachęcam do odsłonięcia okien i kupna tulipanów.

Tekst: Piet Van Oogenbergh (copyrights), stylizacje: Aleksander Lesiak (copyrights), zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki (rower), Adam Golec - copyrights Agencja Gazeta

21:26, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2009

Światowa stolica wina pełna jest zachwycających błękitów. Od delikatnych turkusów, poprzez odcienie niebieskiego aż po nasycone granaty i ultramarynę.

 

Bordeaux od niedawna jest na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO, odrestaurowana kamienna starówka jest naprawdę imponująca. Można stąd przywieźć wspomnienia wspaniałych budowli, butelkę wina albo... kolekcję inspiracji kolorem. Niebieski w Bordeaux jest wszechobecny, na każdym kroku występuje w dziesiątkach wersji, dużą sztuką jest nazwanie ich po imieniu. Czy to jeszcze granat? A może już ultramaryna? I czym się różni zwykły błękit od błękitu paryskiego?

 

Leżak kojarzy się jak mało co z wakacjami. Wiadomo, plaża, słońce i wielki błękit morza. Ale na leżaku poleżeć można przecież nawet na balkonie. Łatwo złożyć, łatwo rozłożyć. Ten, w kolorze zgaszonego turkusu pochodzi z letniej kolekcji Habitat.

 

Granat i turkus, turkus i granat. Te dwa kolory bardzo się lubią. Krzesełko jest składane, radyjko też przenośnie. Można taki zestaw wziąć pod pachę i udać się do ogrodu na wczasy pod gruszą. Radio firmy Lexon kupimy w Magazynie Praga za 190 złotych.

 

Nie zawsze latem pogoda dopisuje, niebo robi się granatowe i zanosi się na deszcz. Na rozgrzanie (i podgrzanie letniej atmosfery) herbata w granatowym kubku. Kubek PILA z Habitatu kupimy z sklepach Hoft (w warszawskich centrach handlowych Domoteka i Blue City).

 

Niebieski jak niebo, albo jak woda w basenie. Niebieski jest sprawdzonym i bezpiecznym pomysłem na łazienkę. Ręcznik SAXON kupimy w sklepach IKEA na terenie całego kraju za 12,99.

 

Gdy wszystko inne zawodzi, rozwiązaniem może okazać się szklaneczka czegoś mocniejszego. Kolorowy drink z parasolką jest dobry na lato, a potem na wspomnienie o lecie. W ogóle jest dobry cały rok. Kieliszek PRALIN kosztuje w IKEA 9,99.

 

Więcej o wnętrzach z Bordeaux (i z zachodniej Francji) przeczytamy w magazynie Maisons Coté Ouest (dostępny w wybranych sklepach wnętrzarskich i salonach Empiku).

19:57, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2009

 

Pięcioletnia Nadia uważa się za czarodziejkę i baletnicę, Ewa i Jacek są ceramikami, dwuletni Igor jeszcze nie wie, kim zostanie. Żeby do nich dotrzeć, trzeba pokluczyć po wiejskich drogach. Mieszkają w Brzączowicach, w gminie Dobczyce (około 30 km od Krakowa), w małym amarantowym domu nad jeziorem. "Biały byłby za jasny, amarant ładnie kontrastuje z zielenią powoju" - mówi Ewa. "A tak naprawdę ten kolor to był przypadek. Jechaliśmy do Krakowa i gdzieś przy zakopiance zobaczyliśmy dom w takim kolorze". Od właściciela wzięli kod koloru, potem wystarczyło go podać w sklepie z mieszalnikiem farb. Sześć lat temu była to zwykła wiejska chata kryta strzechą. Rodzice Jacka kupili ją na dom letniskowy. Po ślubie Ewa i Jacek stanęli przed wyborem: albo wspólny dom z rodzicami, albo samodzielne życie w bloku. Letniskowa chata okazała się niedroga w utrzymaniu - ogrzewają ją kozą i kominkiem. To wystarcza, żeby nie marznąć. Poddasze, które latem jest sypialnią, na zimę zamykają.

 

Uczyli się w szkole plastycznej w Wiśniczu. Potem on studiował ceramikę na wrocławskiej ASP, ona zmieniała pracownie ceramiczne, by w końcu założyć własną. Spotkali się po latach na majówce, którą zorganizowali ich wspólni znajomi ze szkoły w Glichowie, po drugiej stronie jeziora. "Wiśnicz trzyma się razem" - śmieje się Ewa. Pracują razem w swojej pracowni w Myślenicach. Jacek woli proste, praktyczne formy: misy, talerze, butle. Ewa lepi anioły, lubi zmieniać glinę w organiczne kształty. "Jacek toczy, ja lepię ręcznie" - tłumaczy. Jacek eksperymentuje ze szkliwami. Wynajdując nowe, zamienia się w alchemika (nie chce zdradzać, jak powstają). Naczynia wypalane są dwukrotnie. Najpierw w temperaturze 800-900 stopni C na biskwit. Potem zanurza się je w szkliwie. Przed wypaleniem szkliwo jest mętną, białą zawiesiną. Nic nie wskazuje na to, że zawarte w nim minerały pod wpływem temperatury uzyskają kolor i staną się połyskliwe. Drugie wypalenie wymaga absolutnej precyzji, "a i tak nigdy do końca nie wiadomo, co wyciągniesz z pieca" - mówi Jacek. Na wygląd szkliw krystalicznych (Jacka ulubionych) o fantazyjnych fraktalowych wzorach wpływ ma wszystko: temperatura, czas wypalenia, liczba przedmiotów w piecu.

 

Dzień upływa na załatwianiu drobnych spraw: trzeba jechać do pracowni, do urzędu, po glinę i podstawowe szkliwa. Czas odliczają od jednego do drugiego dużego zamówienia. Duże zamówienie to na przykład kilka tysięcy kubków z reklamowym nadrukiem. Dzięki takim zleceniom mogą robić "swoje" i myśleć o rozbudowie domu. A planów mają kilka. Chcą ocieplić letnią sypialnię, aby była całoroczna, przebudować kuchnię i ją doświetlić, w stodole przy domu planują małą pracownię z pokojem dla gości (siedem aut przed domem to normalny widok, przesiadują u nich znajomi, rodzina - siostra Jacka mieszka po drugiej stronie jeziora). No i koniecznie chcą mieć werandę.

 

Co roku przeżywają nową ceramiczną fascynację. Kiedyś były to ryby: małe, duże i ogromne. Potem liście, był też czas aniołów. Ostatnio - oprócz szkliw krystalicznych - geometryczne formy. "Japońszczyzna" to wynik znajomości z Kazu, Japończykiem, który osiadł w okolicy, oraz zamówienia na reklamowy gadżet dla japońskiej firmy - zestaw do sushi. Swoje prace podpisują różnie, czasem znakiem ryby (Ewa), coraz częściej po prostu "Budzowski", kiedyś odbiciem lustrzanym liczby 153 - to numer ich domu; swoją pracownię też tak nazwali: Studio 153. Gdy Ewa (nie pamięta przy jakiej okazji) natknęła się na biblijny fragment o połowie przez apostołów 153 ryb, nie wzięła tego za zwykły zbieg okoliczności. Właśnie czekają na zamówienie od Belgów. Jeśli wypali, ich prace będą sprzedawane w dwustu miejscach w Europie.

Tekst i stylizacje: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, Copyrights (tekst i stylizacje): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska

M jak mieszkanie nr 9 (56), 2004/09/01 - 2004/09/30, str. 22 - 26 / Wysokie Obsasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 238, 2003/10/11, str. 52 - 56

15:22, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Od niedawna są małżeństwem, rodzicami i działającymi na własny rachunek marszandami. "Chyba jest coś przełomowego w 30. urodzinach... - zastanawia się Małgosia. - W tym wieku wszyscy nasi znajomi postanowili coś w swoim życiu zmienić. Jedni brali śluby, inni zmieniali pracę, jeszcze inni wyjeżdżali". Małgosia też postanowiła coś zmienić. Po pięciu latach zrezygnowała z pracy w galerii Andrzeja Starmacha. Z mężem Marcinem i kilkumiesięczną córeczką Różą przeprowadzili się do nowego mieszkania wynajętego na krakowskiej Krowodrzy. Z oszczędności, które mieli, założyli własną galerię (ryzyko do krakusów niepodobne). 

Równo rok temu Gołębiewscy otworzyli na Józefa Novą. Zaczęło się od miejsca. "Znaleźliśmy na Kazimierzu maleńkie mieszkanie, okazało się, że można je połączyć z dozorcówką i w ten sposób będziemy mieli jakieś 30 metrów" - opowiada Marcin. To wystarczająco dużo na początek, wystarczająco dużo kłopotów...

 

Małgosia od dawna myślała o galerii nastawionej na współczesne polskie malarstwo, Marcin ze swoją żyłką do interesów stał się biznesową podporą rodzinnego przedsięwzięcia. Było w tym sporo szaleństwa; obrazy nie są towarem pierwszej potrzeby, zwłaszcza autorstwa malarzy, o których dopiero przyjdzie usłyszeć. Małgosia i Marcin twierdzą, że sporym sukcesem w tym biznesie jest już niedokładanie do galerii. Im udało się znacznie więcej. Znaleźli klientów, i to nie tylko wśród lekarzy, prawników, ale i takich, którzy obrazy kupują u nich na kredyt. "Nie ma na razie w Polsce rynku sztuki. Ale będzie" - twierdzi Małgosia. "Przykład galerii takich jak nasza mówi sam za siebie. Za parę lat plakat z marketu na ścianie będzie strasznym obciachem". Prowadzenie galerii to jedyne hobby, jakie aktualnie mają, na inne nie zostaje im już czasu. Wszystko się w ich życiu przemieszało - praca to pasja, pasja to praca, praca w domu, czas wolny w pracy... Obrazy w domu takie jak w galerii.

 

Przestronne ponadstumetrowe mieszkanie na Batorego pomogła im znaleźć mama Małgosi. Było dokładnie takie, jakie chcieli - "z oddechem", czyli wysokimi stropami, w zadbanej kamienicy z lat 30. Sąsiedzi - lekarze, artyści, i pewna aktorka, dobra znajoma Papieża, jak się o niej mówi. Jednym słowem mieszkanie bardzo mieszczańskie. A mieszczaństwa, jak twierdzi Marcin, to jedyna rzecz, która się nie starzeje. Mimo zagonienia pielęgnują swoje "mieszczaństwo". Herbata w imbryku, porcelanowe filiżanki, domowe ciasto... i kuchnia w starym dobrym stylu - bez mikrofali, za to ze spiżarnią. I może właśnie ze względu na mieszczański rys nie mogło być mowy o prowizorce, musiało być solidnie, "na stałe". Dlatego trudno uwierzyć, że to nie ich własne, ale wynajmowane mieszkanie.

 

Lubią kolor. Chociaż kolorystyka mieszkania jest raczej przypadkowa. Oprócz gabinetu. Marcin już po raz kolejny - wraz z biurkiem i szafą biblioteczną - przeprowadza swoje ulubione żółcie. Meble, jak to w Krakowie, z historią. Nie żadne tam kolekcje, ale solidne, z klimatem. Przy nich nawet sofy z Ikei zyskują na fasonie. A obrazy realistyczne, foto- i hiperrealistyczne, wciągające, chociaż nieco kiczowate. Małgosia opowiada o nich bez końca. I o autorach, bo każdego z nich zna - większość wystawia w Novej. Własna galeria to w ich wydaniu nie okazjonalne sączenie szampana na wernisażach (jak w serialu telewizyjnym). To całkiem normalny biznes - telefony, spotkania. Gdy jest taka potrzeba, obrazy pakują do swojego kombi i jadą kilkaset kilometrów, żeby je pokazać klientowi. W domu bywają na zmianę. Jedno zostaje z Różą, drugie jedzie do galerii. W weekendy zamykają swoje laptopy. Przyrzekli sobie: żadnego odbierania mejli w niedzielę. Nie zawsze się udaje.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, stylizacja: Maria Maan Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska / Copyrights (stylizacje): Maria Maan

Wysokie Obcasy nr 17 dodatek do Gazety Wyborczej nr 97, 2004/04/24, str. 56 - 60

23:59, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie było to żadne objawienie. Po prostu znaleźli działkę, która spełniała warunki: nie dalej niż 30 km od Warszawy i nie drożej niż 10 dol. za metr. Poza tym Justyna miała nadzieję, że jak ktoś kupi obok nich ziemię, w szczerym polu nie postawi gargamela, bo nie będzie miał inspiracji. Domów jest na razie niewiele, ale sąsiadów, z którymi się przyjaźnią, mają więcej niż w Warszawie (zawarli znajomość także z tymi, których budowlane plany są odległe).

 

Projekt domu zamówili u sopockiego architekta Rafała Degutisa. Przyjechał obejrzeć teren i przywiózł ze sobą gazetę ze zdjęciami domu, który mu się podobał. Im spodobało się i zdjęcie, i zaangażowanie młodego architekta. Zamówienie było proste: parterowy dom, płaski dach (odwołanie do modernizmu to sentyment do pierwszego wspólnego mieszkania w przedwojennej kamienicy na warszawskim Mokotowie), przestrzeń loftu. Ale prace na projektem trwały prawie rok. Najpierw architekt przedstawiał rzuty, dopiero później wspólnie pracowali nad bryłą. W efekcie powstały dwie połączone ze sobą części. Niższa to sypialnia, łazienki i garaż, wyższa to kuchnia otwarta na salon i antresola. Elewację chcieli mieć z dwóch materiałow - tynk i nie wiedzieli, co jeszcze. Cegła była za "słodka", piaskowiec za "miejski" i za drogi, beton za surowy. Na złoty środek wpadli w ostatniej chwili, już w trakcie budowy. Przypadkiem zobaczyli dom z szarej betonowej cegły. Z tablicy informacyjnej spisali namiary na kierownika budowy i w ten sposób namierzyli producenta.

 

Starają się kupować polskie produkty. Najlepiej idzie im w sklepie spożywczym, najgorzej w sklepie z ubraniami. Kupują polską "chemię", pieluchy. W czasie budowy domu sprawdzali, czy np. klej, który kupili robotnicy, jest polski, jeśli nie był, pytali dlaczego. Mówią, że do kupowania polskich produktów przekonały ich i wyższe cele społeczne, i jakość, i cena (dzięki której, jak twierdzą, stać ich było na wymarzony dom pod Warszawą). W łazienkach ceramika z Koła i baterie z Valveksu, okna zamówili w AdPolu, drzwi w Stolbudzie, wkład kominkowy u Hajduka, lampy w salonie wykonała na ich zamówienie firma Ramko, obity szarą wełną narożnik kupili w Domo Faber. Odstępstwem od regułu jest lodówka, bo nie znaleźli z kwasoodpornej stali u polskiego producenta. Wszystkie meble oprócz sofy wykonane zostały na zamówienie według ich projektów. "Lubimy mieć rzeczy, które powstały tylko dla nas" - mówi Justyna. Zaczęli wspierać już nie tylko polskie, lecz także lokalne. W swojej okolicy znaleźli stolarza - zrobił dla nich meble do sypialni i taras, tapicera, który naprawił i odnowił krzesła po babci, także szklarza. Efektem poszukiwań polskich producentów jest osiem segregatorów z informacyjnymi ulotkami.

 

Już w trójkę planują kolejne przedsięwzięcia - kilka miesięcy po przeprowadzce urodził się Antek (do rodziny należy jeszcze Zoltar - kot syjamski). Półki na antresoli, bo w końcu trzeba wyjąć z pudeł książki. Ogród. Trochę tęsknią za dniem, kiedy nie będzie już nic do zrobienia i staną z drinkiem na antresoli, patrząc z góry na to, czego dokonali.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Michał Mutor / AG, stylizacja: Elżbieta Matuszewska Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta / Copyrights (stylizacje): Elżbieta Matuszewska

Wysokie Obcasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 244, 2004/10/16, str. 44 - 47

13:49, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009

Tomek (typ samotnika, "gbura", który podobno zyskuje przy bliższym poznaniu) początkowo mieszkał w Falenicy sam. Potem wprowadziły się do niego kolejno: Kinchi, Darcy i Trupol (koty), Sylwia z Joką (psem), dwiema walizkami i kilkoma książkami. Sylwia miała zostać na trochę. Pół roku temu urodziła się Nadia, córka Sylwii i Tomka. Gdy dom spodobał się twórcom "Przyjaciółek", serialu w MTV, bohaterki filmu też w nim "zamieszkały" na kilka dni.

 

W dzieciństwie Sylwia trochę zazdrościła koleżankom ich kolekcji strojów dla Barbie i historyjek z Donalda. Sama nie potrafiła niczego zbierać. Na krótko zainteresowała się jedynie zbieraniem znaczków. Tomek przeciwnie. Lubi łączyć przedmioty w wymyślne ciągi kolekcji. Wymyślne, bo ułożone według tylko jemu znanej logiki. I nazywa przewrotnie to swoje kolekcjonowanie "gromadzeniem". Ma całkiem sporo zgromadzonych czarnych płyt, od Led Zeppelin, Lou Reeda i AC/DC, przez Michaela Jacksona, Kajagoogoo i Wham, po Debussy'ego, Prokofiewa i soundtracki z "Flashdance" i "Jana Serce" (na co dzień reżyseruje teledyski, które zna każdy, kto chociaż trochę interesuje się muzyką, kręcił wideoklipy dla Reni Jusis, Fisza, Fiolki, T. Love, Blue Café, a ostatnio Sidneya Polaka; kręci również reklamy, najbardziej znana to chyba ta o "popieprzonych kurczakach"). Do tego masa kompaktów, książek i albumów. Niewielki zbiór trójwymiarowych obrazków dewocyjnych. Ostatnio Tomek poluje na bajki dla dzieci na taśmie 8-mm. "To ma być dla Nadii - tłumaczy. - Jak trochę podrośnie".

 

Zaraził Sylwię zbieractwem w jednym przypadku. Samochody mają cztery. Stare, piękne graty. Sylwia ma saaba 96 w kolorze budyniu waniliowego, którego pieszczotliwie nazywa "Budyniem". Tomek ma saaba 900. Wspólna jest pomarańczowo-czarna "cytryna" (citroën 2CV), czerwoną właśnie sprzedali. Renault 4 - tak stary, że nadaje się tylko do przewożenia drewna do kominka - jest u nich na dożywociu. Planowali kiedyś sprzedaż saaba, tylko że Tomek myślał o saabie Sylwii, a Sylwia o saabie Tomka. Do ugody między nimi w kwestii sprzedaży samochodu nie doszło.

 

Osobny podzbiór stanowią przedmioty, których nijak nie da się przyporządkować. Czasem ładne, częściej jednak osobliwe. Pod sufitem zawieszony jest na żyłce wampir z pchlego targu w Berlinie (trochę podobny do tego z czołówki "Wieczoru z wampirem"). Wystarczy włączyć guzik i kukiełka lata w kółko, machając skrzydłami i mrugając na czerwono oczami. Kiedyś był główną atrakcją imprez. W galerii osobliwości jest także odpustowa Myszka Miki, która robi salta na drążku, elektryczna gitara z teledysku (w finale klipu miała być roztrzaskana, ale tak się Tomkowi spodobała, że zmieniono scenariusz), drewniane figurki kobiet naiwnego twórcy Ziętka.

 

Wystawy to oddzielna działka. Kiedy pozwala na to czas i pieniądze, po prostu wsiadają w auto i jadą przed siebie. Trzy miesiące temu z trzymiesięczną Nadią pojechali do Berlina na wystawę fotografii Henri Cartier-Bressona i Helmuta Newtona, a że Nadia dobrze znosiła podróż, a w Amsterdamie była akurat wystawa prerafaelity Dantego Gabriela Rossettiego, to pojechali i tam, po drodze wpadając do Wolfsburga na wystawę instalacji świetlnych Olafura Eliassona. W Amsterdamie dowiedzieli się o wystawie Joana Miró w Paryżu. To na wystawach Tomek kupuje plakaty, które potem oprawione wiesza na ścianach - z wystawy "A Factory" poświęconej Andy'emu Warholowi, "Heaven" o boskości w popkulturze czy "Arrache mon coeur" duetu fotograficznego Pierre et Gilles. Na wystawach zaopatrują się też w albumy i inne okolicznościowe gadżety jak kubki i zakładki do książek.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Dorota Karpińska
Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Rafał Lipski / Copyrights (stylizacje): Dorota Karpińska

Wysokie Obcasy nr 43 dodatek do Gazety Wyborczej nr 256, 2004/10/30, str. 46 - 50

13:43, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 kwietnia 2009

W Łazienkach, obok Nowej Pomarańczarni znajduje się niepozorna szklarnia, w której mieści się zakład tkacki. Drugiego takiego nie ma ani w Warszawie, ani w całej Polsce. To ostatnia działająca manufaktura żakardów w Europie.

Żakardy to rzadko spotykane barwne tkaniny wyrabiane na specjalnych krosnach, które skonstruował w 1805 roku Joseph-Marie Jacquard. Były one wówczas prawdziwą tkacką rewolucją. Maszyna mogła kierować każdą nitką osnowy osobno, tworząc wzór na całej powierzchni tkaniny. Przy tym do jej obsługi potrzebna była tylko jedna osoba. W zakładzie w Łazienkach podwieszone pod sufitem płótna rozpraszają wpadające światło. Na końcu długiego pomieszczenia stoi biurko, przy którym siedzi Dariusz Makowski, właściciel manufaktóry "Ład". Po obu stronach dwanaście starych krosien, z których każde zmienia setki nici w barwne tkaniny. Przy wejściu solidna lada, półki z belami materiałów, jak w sklepie bławatnym sprzed lat.

Tkaczki w zakładzie Makowskiego najpierw zakładają nici osnowy, potem zawiązują nici wątku: lniane, jedwabne, wełniane. Zajmuje to jeden dzień. Następnie w maszynie umieszczają taśmę z wzorem. W tekturowych płytkach z okrągłymi dziurkami zaklęty jest wzór słuckich pasów, geometrycznych rombów z lat 60. i fantazyjnych girland sprzed dwóch stuleci. Odpowiednio wykończone tkaniny stają się serwetami, obrusami, ozdobnymi kilimami, pasami kontuszowymi czy narzutami. Mogą też być tapetami lub obiciami. Z usług manufaktury korzystają głównie dekoratorzy wnętrz na planach filmowych, restauratorzy zabytków i cudzoziemcy. Manufaktura "Ład" to spory kawałek polskiej tradycji tkackiej zamknięty na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Miejsce wyjęte z rzeczywistości wnętrzarskich supermaketów serwujących tkaniny jak hot dogi: kupić - powiesić - za sezon zmienić. Żakardy z "Ładu" trzeba poznać, polubić ich subtelną kolorystykę i docenić ich specyficzną fakturę. W przypadku manufaktury tkackiej mamy do czynienia z produktem wysokiej jakości w kategoriach: tkanina użytkowa i dekoracyjna, ciekawe miejsce i niebanalne wętrze. Czy ktoś z Was wie czy to miejsce wciąż istnieje?

Manufaktura tkacka "Ład" w Łazienkach, Wielka szklarnia przy Nowej Pomarańczarni (wjazd od ulicy Parkowej).

19:04, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 marca 2009

Pałac został zbudowany w 1589 roku dla barona Botho zu Eulenburga. Początkowo warowny, otoczony ze wszystkich stron wodą, ze zwodzonym mostem, z biegiem czasu stał się wiejską rezydencją. W XVII wieku zostały dobudowane budynki bramne, w jednym znalazła się stajnia, a w drugim wozownia. Kiedy w XIX wieku do Galin przyjechała bogata ciotka ze Śląska, zarządziła gruntowną przebudowę w duchu, modnego wówczas, neogotyku. Fikuśne wieżyczki i szpiczaste zwieńczenia okien nie przypadły Eulenburgom do gustu i w 1921 roku, przywrócili pałacowi barokowy wygląd. W ciągu setek lat Eulenburgowie stali się znaczącą rodziną szlachecką we Wschodnich Prusach, z tytułem hrabiów, europejskimi koneksjami i ponad tysiąchektarowym gospodarstwem rolnym. W rodowej siedzibie wyposażenie było solidne, ale pozbawione blichtru.

 

Meble traktowano jak rodzinne pamiątki, obok tych najstarszych stały nowe, nie zmieniano wyposażenia dla kaprysu. Na ścianach wisiały dziesiątki obrazów. Niewiele było udogodnień, dopiero przed samą wojną pojawiła się na parterze mała łazienka. Na piętrze znajdowały się tylko dwie sypialnie: po jednej stronie dla kobiet, po przeciwnej dla mężczyzn. Najcenniejsze przedmioty i archiwalia znajdowały się w gabinecie z łukami na parterze pałacu, gdzie kiedyś znajdowała się kaplica. W parterowych oficynach mieszkała trzyosobowa służba. Eulenburgowie dotrwali w Galinach końca wojny. Sowieci aresztowali Botho Wend zu Eulenburga, który zmarł podczas wywózki na Sybir. Pałac kompletnie splądrowali, a meble, pamiątki i obrazy spalili przed budynkiem. Ocalało kilka zdjęć i portret ciotki, Ellie. Nowym właścicielem został Udo Graf, siostrzeniec Botho. Ale na tydzień. Perelowskie władze z pałacu zrobiły ośrodek kolonijny, po czym budynek przejął PGR i z czasem obrócił w ruinę. Wiadomość o tym, że Galiny mają od 1996 roku nowych właścicieli szybko dotarła do sędziwego Udo Grafa zu Eulenburga. Początkowo wzajemne kontakty były nieufne. Hrabia nie dowierzał, że Galiny mają szansę odzyskać dawną świetność, a nowi właściciele bali się jego sentymentu za heimatem. Teraz co roku Eulenburgowie przyjeżdżają do Galin. 80. urodziny hrabia spędził w Galinach. W pałacowym mieszkaniu Joanny i Krzysztofa zawisł portret Ellie, jedyny ocalały.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

22:20, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 marca 2009

Kiedy w 1999 roku, w dawnej Fabryce Koronek na Burakowskiej w Warszawie otworzono Red Onion, był to pierwszy sklep w tym miejscu. Dzisiaj Burakowska i Młocińska to wnętrzarskie zagłębie, a mimo to Red Onion pozostaje jednym z najciekawszych miejsc .

Zaczynali od dalekowschodnich klimatów, mebli i dodatków z Indonezji, antyków z Chin. Obecnie to jedynie część ich oferty. Prócz rzemiosła z afrykańskich i azjatyckich manufaktur znajdziemy tam projekty zachodniego designu, od klasycznych zegarów Nelsona i krzeseł Eamesów, po współczesne projekty z Włoch, Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji. W Red Onion kupimy też naturalne kosmetyki, autorski wybór płyt kompaktowych oraz świetne wydawnictwa (książki kucharskie, z wnętrzami, fotografią i aktualne magazyny z całego świata). Wśród nowych marek dostępnych w Red Onion znalazły się między innymi MAGIS, ALESSI, Design House Stockholm, Anglepoise, Nigella Lawson (Living Kitchen) oraz KitchenAid.

Red Onion, ul. Burakowska 5/7, Warszawa. Otwarte od poniedziałku do soboty w godzinach 11.00 - 20.00, w niedziele 11.00 - 18.00.

10:19, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2009

Geometryczne formy we frankfurckim klubie.

Sabine Mühlbauer i Thomas Tritsch z niemieckiego biura projektowego MORGEN lubią geometryczne formy, które można multiplikować. W swoich poszukiwaniach wychodzą od inspiracji kształtem, by budować wokół niego całą koncepcję wnętrza. Tak było też przypadku ich najnowszej realizacji - lounge'u Cocoon Club we Frankfurcie (nad Menem).

Pentagon stał się lajtmotiwem całej przestrzeni. Głównym elementem są pięciokątne plafony świecące w różnych kolorach, które mają swoje odbicie w postaci siedzisk i stolików o tym samym kształcie.

Znalazło się też miejsce na inne formy, kształty i całą gamę kolorów. Pobrzmiewają klimaty lat 60. i 70., a całość jest niczym wspomnienie o dawnym dansingu.

Nowoczesność, choć nie w wersji hi-tech, odnajdziemy w toaletach, gdzie mocne i czyste kolory ścian kontrastują z podłogą, której zwierzęcy deseń jest wariacją na temat pentagonu.

Projekt pięciokątnych siedzisk, które można ze sobą zestawiać i tworzyć z nich większe (a raczej dłuższe) formy był na tyle udany, że postanowili wprowadzić go na stałe do swojej oferty.

22:08, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2009

W kręgu włoskiego wzornictwa.

Już w czasach starego adresu, na Senatorskiej, Domum było miejscem wartym odwiedzenia. Z autorskim wyborem przedmiotów i markami, których nie było gdzie indziej. Po przeprowadzce do warszawskiego zagłębia wnętrzarskiego, na Burakowską, rozwinęli skrzydła. Nowa siedziba dała możliwości przygotowania sporej ekspozycji. Konsekwentnie zwrócono się też w stronę włoskiego dizajnu. Dzisiaj Domum ma ugruntowaną pozycję na wnętrzarskiej mapie Warszawy. Trzeba dodać, że zasłużenie.

Szczególnie polecamy włoskie wzornictwo - mówi Anna Olszewska z Domum - W zakresie mebli współpracujemy prawie wyłącznie z włoskimi producentami. W kwestii oświetlenie również, jednak z uwagi na dobro klienta i wnętrza, czasem pozwalamy sobie na małe szaleństwo na przykład z holenderskim ‘'Moooi''.

Oprócz mebli i oświetlenia w Domum znajdziemy ładne drobiazgi, armaturę łazienkową, dywany i muzykę.

Domum Design, ul. Burakowska 4A, Warszawa, http://www.domum.pl/, czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 11.00 - 20.00, w soboty od 11.00 do 17.00, w niedziele od 11.00 do 16.00

23:00, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 marca 2009

Dom

     


Kiedy już postanowili: „ten dom, albo żaden", okazało się, że jest już niemal kupiony. Ktoś już ich uprzedził. Postanowili więc przebić cenę poprzedniego kupca i zaoferowali właścicielowi nie 6 a 7 milionów złotych i dodatkowo 2 miliony za stodołę. Przeliczając na dzisiejsze pieniądze było to jakieś 3 tysiące dolarów, lub, jak kto woli 10 metrów kwadratowych mieszkania w Krakowie. Cena atrakcyjna, ale dom nadawał się jedynie do remontu. Prąd to było kilka żarówek zawieszonych pod sufitem na przewodach, a woda (oczywiście tylko zimna) jeden kurek w sieni. Zabrali się do pracy. Sień zaadaptowali, zamykając przeszklonymi oknami, zmienili instalacje, szukali miejscowych „szpeców": cieśli, zduna, ucząc się raz po raz na własnych błędach. Kiedy naprawili piec, okazało się, że chyba nie do końca właściwie, bo można w nim było spalić dowolną ilość węgla. Przez długi czas uczyli się też robić odpowiednią polepę. Pamiętają tą pierwszą, okazała się za gruba i po kilku tygodniach spękała i zaczęła odpadać. Na początku 90. roku przeprowadzili się, ale remonty ciągną się do dzisiaj. Tak to już chyba musi być ze stuletnimi domami.


W okolicach roku 96. założyli wreszcie przydomową pracownię ceramiczną, chociaż jeszcze przez kilka lat wciąż mieli też drugą, w Krakowie. Teraz do pracy mają dosłownie „dwa kroki". W każdej chwili można zacząć pracę, albo ją przerwać. Czas pracy miesza się u nich przyjemnie z wolnym. Siedzę przy kamiennym stole z młyńskiego koła, z pracowni wychodzi Piotr umorusany białą gliną i mówi: „Zobacz, jakie światło, chodź pojedziemy na wzgórze, pokażę ci świętego Onufrego". Czasem wpadają do nich ludzie, którzy pocztą pantoflową dowiedzieli się o ich ceramice, w weekendy organizują butik na ganku. Żyją bez pośpiechu, rytmem, jaki wyznacza im Lanckorona.


Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

00:50, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 marca 2009

Surrealizm w szarzyźnie Peerelu

      


Pracownia „Na Szlaku" przestała być jedynie pracownią i zaczęła pełnić rolę imprezowni, przechowalni bibuły dla ludzi działających w podziemiu, noclegowni, domu kultury. Imprezy, które wymyślali i organizowali były jak najbardziej spod znaku pomarańczowej alternatywy i odbywały się niemal zawsze „pod hasłem". Kiedyś imieniny robili sobie Markowie i Wojtkowie pod hasłem czarne i białe. Chodziło przede wszystkim o przebranie, choć interpretowano je nieraz bardzo dowolnie. Bywało śmiesznie, kiedy do tramwaju jadącego na Szlak na każdym przystanku wsiadali przebrani ludzie. Na jednym para w stroju krakowskim, na innym ktoś w przebraniu goryla... Przez pracownię przetoczyły się setki osób i do tej pory żyje ona we wspomnieniach i anegdotach. Kiedy znajoma krakuska zapytała mnie o czym piszę i kiedy powiedziałem, że o Piaskowskich, od razu podchwyciła: „Tak, kojarzę ich ze Szlaku, też tam chodziłam, a mała Ostaszewska lepiła swoje koraliki". Nadszedł jednak czas polskiego przełomu, ludzie zakładali rodziny i własne interesy. Staszce i Piotrowi urodziło się pierwsze dziecko, a rok później kupili dom w Lanckoronie.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

00:05, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 marca 2009

Ceramika na Szlaku

 

Przygoda z ceramiką rozpoczęła się dla nich w zamierzchłych latach 80. W pewnej wynajętej pracowni na ulicy Szlak. Pracownia mieściła się w starym domu w oficynie, była tam sień i cztery pokoje wypełnione całą masą dziwnych przedmiotów, staroci, tajemniczych judaików. Po najbliższej okolicy snuło się kilkadziesiąt kotów. Miejscem zawsze zachwycał się, gdy tam zaglądał profesor Zin. I mówił: „Boże, jakie cudowne ochry", mając na myśli kolory wypalanej gliny. Piotr wynajął tą pracownię z przyjaciółmi, kiedy był na trzecim roku architektury. Dozorczynią była pani Królowa, nazywana przez wszystkich Królką, wieloletnia pomocnica plastyczki Stanisławy Piątkowej, wówczas już nieżyjącej właścicielki i założycielki pracowni (od końca lat 40-tych). Tylko ona znała wszystkie tajniki ogromnego pieca ceramicznego, którego odpalenie powodowało drżenie całej kamienicy. Królka miała przy tym niesamowite wyczucie, jeśli chodziło o ceramikę. I to właśnie ona ferowała wyrokami, mówiąc, czy coś jest, czy nie jest „ceramiczne". Przy czym określenie „ceramiczne" odnosiło się do wszystkiego: do proporcji, jakości szkliwienia, formy.

 

Wieść o miejscu, gdzie może przyjść w zasadzie każdy i spróbować swoich sił w ceramice szybko rozeszła się po Krakowie i najbliższej okolicy. „Szlak" stał się rodzajem twórczej przestrzeni, trochę pracowni, trochę komuny, przyciągając ludzi dzielących ceramiczną pasję i niezgodę na wszechobecną szarzyznę. Maja Ostaszewska przychodziła lepić koraliki, Beata Fudalej szkliła małe figurki zwierzątek. A pewnego razu przyszła też Stasia, studentka Form Przemysłowych na krakowskiej ASP. Ze zbytem swojej twórczości nie mieli raczej problemów, trochę oddawali do Galerii Sztuki Polskiej, trochę do powstających wtedy jak grzyby po deszczu małych sklepików „1000 i jeden drobiazgów".

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

13:30, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 marca 2009

Lanckorona

    

Kiedyś wszystkie domy wyglądały tu tak jak ten. Dzisiaj nieremontowane zapadają się w sobie i powoli umierają. Tak jak przed laty toczy się senne życie miasteczka. Życie podwójne. Podzielone pomiędzy tych stąd i tych z miasta. Zaczęło się przed wojną, kiedy Lanckorona stała się modnym kurortem dla krakowskich elit. I dziś mają tu swoje domy, ci, którzy uciekają z Krakowa, niedalekim sąsiadem Stasi i Piotra jest choćby Wojciech Pszoniak.

      

Lanckorona, mimo że odkryta, mająca i schronisko młodzieżowe, kwatery i pensjonaty, pozostaje jednak na uboczu, w cieniu Krakowa. Nawet pobliska Kalwaria Zebrzydowska zdaje się tętnić życiem. Jest za to restauracja „Sielanka", bank, kilka sklepów. I piekarnia, gdzie ręcznie formowane bochenki mają przyjemnie nierówny kształt i gdzie można kupić domową drożdżówkę z rabarbarem.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

09:40, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2009

Dom w Lanckoronie

 

    


Dom w Lanckoronie był tym wymarzonym. Są z pokolenia, któremu wydawało się, że pozostaje tylko marzyć. I przez długi czas tak było. W tych marzeniach o wspólnym domu brali pod uwagę różne lokalizacje. Na całym świecie. Rozmyślali a to o mieszkaniu w starej kamienicy w Krakowie, a to o willi a słonecznej Toskanii, ale pieniędzy nie mieli ani na jedno, ani tym bardziej na to drugie. Lanckorona ciągle gdzieś się przewijała, ale raczej w weekendowych wycieczkach, niż w mieszkaniowych planach. „Ten dzień zapamiętam na zawsze"- wspomina Stasia- „To był marzec, niedziela i taka dziwna mgła w powietrzu, która sprawiała, że wszystko wydawało się mało realne". I wtedy po raz pierwszy zobaczyli ten dom, zaraz przy lanckorońskim rynku, przy Świętokrzyskiej, jak ze starej pocztówki. Następna niedziela, znów mgła w powietrzu i decyzja „chcemy mieć ten dom". To była wczesna wiosna 89. roku. Nadchodził czas zmian...

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

20:11, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lutego 2009

 

„Sprzedam kotłownię" - tak brzmiało ogłoszenie zamieszczone przez piekarnię. Architekci Piotr Czuba i Maciek Latoszek właśnie szukali dla siebie nowego biura - pracowni. Chcieli przestrzeni niebanalnej, otwartej, o dużych możliwościach adaptacyjnych, przy tym niedrogiej. Kotłownia okazała się niewypałem, nadawała się tak na prawdę jedynie do wyburzenia i postawienia jej na nowo. Nie mieli na to ani czasu, ani pieniędzy.

 

W budynku piekarni były co prawda inne biura, ale raczej w klimacie schyłkowego peerelu niż amerykańskiego loftu. Zupełnie przypadkiem, przez uchylone drzwi, zobaczyli stary magazyn mąki znajdujący się pomiędzy I a II piętrem. Duża przestrzeń z antresolą, w której kiedyś zamontowane były silosy, ogromne okna doświetlające wnętrze z dwóch stron, dwie kanciapy które nadały się na „gabinety" i niemiłosierny bałagan. Bałagan w zasadzie pozostał, tylko nieco inny, nazwijmy go „twórczym". - Jak zrobisz tu zdjęcia, to runie cały nasz budowany od lat wizerunek - śmieje się Maciek Latoszek.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Bruno Fidrych / LESIAK&FIDRYCH

Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): EAST NEWS

14:35, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 stycznia 2009

Kiedy w 1939 roku oddano go do użytku, nowy gmach Elektrowni Powiśle budził podziw. Nowoczesny budynek projektu Czesława Jabłońskiego i Józefa Korszyńskiego u zbiegu ulicy Tamka i Wybrzeża Kościuszkowskiego miał elegancki hall główny z czarnego marmuru, szlachetną okładzinę elewacji z piaskowca szydłowieckiego i efektowny szklany narożnik, nazywany kolumną światła. To co sześćdziesiąt kilka lat później zastał architekt Maciek Tarchalski, było jedynie wspomnieniem po przedwojennym gmachu. W każdym pokoju inne meble, mające czasem po kilkadziesiąt lat i obowiązkowy stolik na kanapki z czajnikiem. Po pierwsze należało więc oddzielić to co było warte zachowania, od wszystkich powojennych, wątpliwej urody przeróbek i udoskonaleń.Nie było to łatwe, trzeba było wprowadzić nowe materiały, współczesne meble, nawiązujące do epoki, ale jednak stwarzające nową wartość.

 

Pozostawiono pierwotny podział przestrzeni biurowej na pokoje pracownicze, wygospodarowując jednocześnie dodatkową przestrzeń na pomieszczenia socjalne i szatnie. Zmieniła się też funkcja pomieszczeń otaczających hall główny (ten był pierwotnie wykorzystywany jako cześć kasowa - dla petenta, później przekształcony w pokoje pracownicze z małym aneksem kasowym, teraz po ostatnim remoncie otwarty dla wszystkich pracowników), powstały w nich sale konferencyjne po jednej stronie i ogólnodostępna kawiarnia z miejscami do prezentacji sztuki po drugiej.

 

Pokoje wyposażono w niezbędne udogodnienia i nowe ergonomiczne meble, takie same dla wszystkich. Piętra zyskały kody kolorystyczne, każdemu piętru przypisany został inny kolor, który dominuje na obrazach wiszących na ścianach, posadzkach z żywicy w łazienkach, lakierowanych drzwiach szaf na dokumenty w pokojach pracowniczych a także w windach które w zależności od piętra oświetlone są innym kolorem. Najtrudniejszym zadaniem było jednak przekonanie do zmian pracowników. Pracowników wciągnięto więc w proces oswajania budynku. Kolorowe obrazy na korytarzach namalowali dla STOENu absolwenci warszawskiej ASP, te do pokojów (wybierali je sami pracownicy) studenci, którzy malowali je na praktykach współorganizowanych przez STOEN.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Bruno Fidrych / LESIAK&FIDRYCH

Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): EAST NEWS

20:07, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 stycznia 2009

Klasyka designu i nowości. Marki znane i takie, które dopiero w Polsce debiutują. Dodatki, meble, akcesoria.

Na dwustu metrach kwadratowych na warszawskim Powiślu powstał wyjątkowy sklep, który sprzedaje i promuje ciekawy design, ale który też sam jest designem. Wyjątkowe wnętrze w stylu loft zaprojektowała pracownia BAD design.
„Jesteśmy grupą ludzi, których zachwycają rzeczy piękne. Chcemy, żeby osoby o podobnej wrażliwości miały szerszy dostęp do oryginalnego wzornictwa. Mamy w swojej ofercie ikony designu i uznanych producentów." - mówi Kasia Sokalska z INDIVI.
Z nowych marek znajdziemy brytyjski Established&Sons (dla którego projektuje m.in. Alexander Taylor, Barber Osgerby, Jasper Morrison, Zaha Hadid) i Naughtone (stawiający na ekologię i recykling) oraz Zero ze Skandynawii.

Indivi design store, ul. Kruczkowskiego 6, Warszawa. Czynny od poniedziałku do piątku w godzinach 11 - 19, w soboty od 11 do 16.

23:54, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 grudnia 2008

Dom widać już z daleka, kiedy zjeżdża się w dolinę Wołowca od strony Pętnej i Gładyszowa. Jest duży, trzy drewniane kondygnacje, na kamiennej podmurówce. Wojciech i Joanna Krasuscy od dwóch lat prowadzą tu pensjonat. To jednak wciąż ich dom, który powstał z marzeń o schronisku.

Na parterze jest kuchnia i jadalnia. Kuchnia to terytorium Wojtka, gdzie powstają powidła śliwkowe, pachnące na cały dom ciasta drożdżowe, kolacje i śniadania dla gości. Jadalnia pełni rolę zaplecza socjalnego. Oprócz stołów jest kominek, regał z książkami z wydawnictwa Czarne, które jest naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Na ścianach gliniane anioły i obrazki na szkle. Święty Roch z psem - chroni od zarazy, święty Florian od ognia i święty Sebastian ze strzałami w boku, patron łuczników. Obrazki namalował Wojtek, ale Marchlewski, etnograf, ojciec chrzestny Kasi, starszej córki Krasuskich. Oprócz tego gry towarzyskie, bierki, monopol i telewizor postawiony na podłodze w kącie, pomiędzy sofą a regałem. Pierwsze i drugie piętro to pokoje dla gości, mają swoje nazwy, „różowy", „z kozą", jak w magnackich rezydencjach. W domu widać etnograficzny sznyt, w przedpokoju na pierwszym piętrze stoi malowana skrzynia wianna i stuletnia szafa, w kuchni stary kredens. Ale to tylko stylizacja. Joanna komentuje urządzanie domu krótko: „Tego u nas nie widać, ale można by napisać przewodnik o tym jak wykorzystać przeceny w Ikei". Dom miał być mniejszy, ale ekipa z Podhala, która go budowała, powiedziała krótko: mały, czy duży - taka sama fatyga. Tylko drewna trzeba było więcej. Gromadzenie jodłowych bali trwało kilka lat, akurat tyle, żeby poznać okolicę i trochę się z nią oswoić. Do ekip budowlanych mieli dużo szczęścia, do dzisiaj wspominają Staska, który nożykiem z Gerlacha stępionym do granic możliwości wydziergał rozety i hostię na stropowych belkach i Romka, złotą rączkę, który zawsze wszystko poprawiał, gdy zdarzyło mu się zrobić po swojemu.



Przed wojną w Wołowcu stało 200 domów, to była duża wieś, w większości łemkowska. W 45' część ludności uciekła na Ukrainę, tych którzy zostali przesiedlono rok później w ramach akcji „Wisła". W latach 50., po odwilży, niektórzy wrócili. Do Wołowca osiem rodzin. Teraz mieszka tu Tusk z matką, Remiaszka, która wyszła za juhasa z Podhala, Kosko z ojcem (obydwaj Stefanowie), Piątkowie, Dymitr Dudycz z matką, Momot, którego kobieta jest stąd, Smyjki - matka i córka i Huteriakowie - jedyna rodzina z dziećmi. I tak nie jest źle, są jeszcze przyjezdni. Po sąsiedniej Nieznajowej zostały tylko przydrożne krzyże i zarośnięty cmentarz, po drewnianych domach nie ma śladu, kamień z cerkwi przydał się na budowę obory w Pegeerze. W szkole w Krzywej jeszcze po wojnie uczyło się siedemdziesięcioro dzieci, dzisiaj jest ich tylko dziewięcioro. Jednym z pierwszych przyjezdnych był w Wołowcu kolega Wojtka i Joanny ze studiów na warszawskiej etnografii, Janusz Wójcikowski. Zamieszkał tu w 84' z żoną. Porzucili Warszawę najpierw by zamieszkać w Czarnym, gdzie chcieli prowadzić coś na kształt chatki studenckiej dla etnografów. To były ciężkie czasy, nie tylko w Wołowcu, ale tam dodatkowo trzeba było zmagać się z przyrodą. Ludzie we wsi to widzieli i szanowali ciężką pracę Janusza i Lucyny. Ale kiedy w zimie dzieci nie mogły dojeżdżać do szkoły tygodniami, postanowili wrócić do miasta. Wtedy w Warszawie spotkali Wojtka, którego zaczęli namawiać na kupno ziemi.
Dom w Wołowcu wynajęli Andrzejowi Stasiukowi, na rok, z którego zrobiło się dziesięć lat. Te dwadzieścia kilka lat temu etnografię w Warszawie studiowało po kilkanaście osób, wszyscy trzymali się razem. Teraz jest podobnie. W Wołowcu mieszkają Krasuscy, Monika Sznajderman z Andrzejem Stasiukiem , w Hucie Krępnowskiej Jakub Bułat, w Czarnym Jurek Szczepkowski. W Nowicy Alina Lebiedź i Leszek Wronowski, nazywani wspólnie „Lebiedziami". To wszystko stare znajomości z czasów Szkolnego Ośrodka Socjoterapii na Grochowskiej w Warszawie.
Dzięki pomocy Janusza, a raczej dzięki estymie jaką darzyli go miejscowi, udało się Krasuskim kupić ziemię na Wołowcu, od Stefana Kosko, syna. Miejscowi nie chcieli tu wpuszczać obcych, nazywając ich rolnikami z Marszałkowskiej. Lata przeżyte obok siebie zmieniły i jednych i drugich. Teraz wszyscy spotykają się pod sklepem. W poniedziałki, środy i piątki przyjeżdża sklep z pieczywem, w soboty z warzywami a w piątki z mięsem. Bo do cerkwi chodzi już mało kto. Mimo, że nabożeństwa są co trzy tygodnie, ostatnio znowu było tylko trzy osoby.
To wrastanie w okolicę zabrało im dwanaście lat, kiedy dwa lata temu skończyła się
praca Wojtka, a dom był gotowy, postanowił zostać. Joanna wciąż dzieli czas między Warszawę a Wołowiec, bierze dodatkowe dyżury, łączy urlopy i tym sposobem udaje jej się tam spędzić sto dni w roku.

Wojtek z Joanną studiowali etnografię na Uniwersytecie Warszawskim, na wakacje jeździli w Bieszczady, to był koniec lat 70. Po etnografii mało kto zostawał w zawodzie, koniec studiów był dla wielu końcem marzeń. Wojtek ze strachu przed pracą w urzędzie został wychowawcą w przedszkolu, razem z Joanną. Miało być spokojnie, pięć godzin dziennie i kilkanaścioro dzieci pod opieką. Pracował na okrągło, zajmując się siedemdziesiątką, bo musiał zastępować koleżanki, które były na ciągłych urlopach. Wytrzymał dwa lata. Joanna pracowała krócej, najpierw urodziła się Kasia, potem Hania. Do 88' była na urlopie wychowawczym i wtedy rozpoczęła pracę w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Zajęła się konserwacją ceramiki i sztuki obrzędowej. Wojtek projektował tkaniny na wzór ludowy dla otwockiej spółdzielni, zakładał zespół ludowy w Grudzienku, ręcznie prządł wełnę. - Można było z tego przędzenia wtedy całkiem nieźle żyć - mówi - Utkałem chyba z dwieście kilogramów, tylko że to było śmiertelnie nudne zajęcie. Pracował też w pracowniach konserwacji Muzeum Etnograficznego i Wilanowa, a międzyczasie jeździł do Londynu i dorabiał w knajpach. I tak zastały ich lata 90, „dziwne czasy" - jak je teraz określają. Wojtek w gazecie przeczytał ogłoszenie: „Poszukiwana osoba do zorganizowania włoskiej restauracji", zgłosił się i w ciągu roku udało mu się rozkręcić dobrze prosperującą knajpę. Teraz powiedziałoby się, że sprawdził się w biznesie. Zaczął pracować w wydawnictwach i kompletnie się na tym nie znając został dyrektorem marketingu jednego z nich. Zrobił drugą magisterkę z zarządzania, jako jeden z niewielu etnografów, może pochwalić się dyplomem MBA. To jako pan dyrektor dużego wydawnictwa spotkał Janusza z Wołowca, któremu zaproponował pracę u siebie, nie wiedząc jeszcze jak zmieni to jego życie.

Trzy miesiące temu Wojtek znowu dostał propozycję pracy w Warszawie, w banku, z ogromną pensją i równie dużym samochodem, odmówił. Jego córka, Hanka, skwitowała krótko: „frajer". On woli zostać. - Bo tu życie jest lepsze - mówi. Odnalazł przyjaźnie sprzed trzydziestu lat, ma czas na czytanie książek. Jak ugotuje dobrą zupę, to usłyszy „dziękuję", czego nigdy nie usłyszał w wydawnictwie, choć zarobił dla niego miliony. Ich goście to przyjaciele sprzed lat, czasem osoby z przypadku, dla których przykazanie ze strony internetowej: nie tolerujemy hucznych zabaw jest wystarczającą zachętą. Czasem osoby z drogi, tak jak ja, kiedy przyszedłem tam latem od strony Nieznajomej. Nie było już miejsca, ale nocleg się znalazł i kolacja też. Bo dom powstał z marzeń o schronisku i z etnograficznej ciekawości ludzi.

Text and design: Aleksander Lesiak
Photography: Bruno Fidrych / LESIAK&FIDRYCH

Copyrights (text): Aleksander Lesiak / Copyrights (photos): EAST NEWS

13:07, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 grudnia 2008

Nowy concept store na Mokotowie.

Concept store to taki sklep z pomysłem, z autorskim wyborem asortymentu. Glamstore wymyśliła i do szczęśliwego otwarcia doprowadziła Joanna Szachowska-Tarkowska, czując zapewne twórczy niedosyt Artofwall - ‘'wytwórnią'' samoprzylepnych tapet i naklejek ściennych. W Glamstore, oprócz tego do czego przyzwyczaił nas Artofwall, znajdziemy meble, lampy, gadżety i profesjonalną poradę w zakresie aranżacji wnętrz. W ofercie produkty Kare, Boom, XLDesign, T'S About Romi, Karlsson, Leitmotiv, Wanted, PT, Diamanti, Donkey, Handed by.
Concept Store GLAMSTORE/ARTOFWALL to raj dla wielbicieli niebanalnego designu. Naszą misją jest promowanie dobrego stylu i dzielenie się z Klientami ponad 2-letnim doświadczeniem w oferowaniu kreatywnych i funkcjonalnych rozwiązań dotyczących aranżacji wnętrz - zachęca Ania Gnacy z ‘'Glamu''.

Glamstore, ul. Narbutta 83 (wejście od ul. Łowickiej vis-a-vis nr 42), Warszawa.

Tekst dla    

18:10, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 grudnia 2008
Między Kętrzynem a Rynem, w Nakomiadach, z dala od głównych mazurskich szlaków, stoi trzystuletni pałac. To na potrzeby jego budowy, w 1704 roku powstała manufaktura. Od kilku lat, za sprawą nowych właścicieli, znów działa.

 

Historia pałacu w Nakomiadach rozpoczyna się w połowie XVII wieku, kiedy dobra Eichmedien (dawna nazwa Nakomiad) zostały nadane pruskiemu dyplomacie Janowi von Hoverbeckowi. W 1680 roku ukończono budowę pałacu. Obecny, klasycystyczny kształt uzyskał on jednak dopiero po przebudowie rozpoczętej w 1705 roku, przez znanego warszawskiego architekta włoskiego pochodzenia, Józefa Piolę. Rok wcześniej powstała manufaktura ceramiczna, która z miejscowych pokładów gliny wyrabiała i wypalała cegły.
Pałac należał do Hoverbecków przez 136 lat, do roku 1789, kiedy za 36 tysięcy talarów został kupiony przez pruskiego urzędnika Friedricha Redeckera. Kolejne 150 lat, w czasie których Eichmedien należało do Redeckerów, to na przemian okresy prosperity i upadku. Ostatecznie w 1932 roku pałac został zlicytowany, a zarządcą majątku został jego ostatni właściciel Eberhard von Redecker.
Po wojnie Nakomiady były siedzibą pegeeru, w pałacu urządzono biura, mieszkania i świetlicę, w zabytkowym parku zbudowano stację benzynową. Po zmianach ustrojowych w Polsce i upadku pegeeru pałac popadł w kompletną ruinę. Kiedy wydawało się, że nic go już nie uratuje, został kupiony przez Piotra Ciszka.
Piotr razem ze swoją żoną, Joanną, od 10 lat remontują pałac. I tak jak trzysta lat temu, na potrzeby odbudowy i renowacji uruchomili manufakturę ceramiczną.


Nigdzie nie mogli znaleźć odpowiednich pieców kaflowych, nie było też nikogo, kto na podstawie archiwalnych fotografii, potrafiłby je odtworzyć. Postanowili więc zrobić je dla siebie sami. Pałacowa Manufaktura w Nakomiadach zajmuje się przede wszystkim wyrobem historycznych pieców kaflowych z terenu dawnych Prus Książęcych. To tak zwane piece gdańskie. Duże, ręcznie zdobione, z motywami nawiązującymi do modnych niegdyś holenderskich fajansów. Każdy element tych pieców powstaje na miejscu, w Nakomiadach. Tutaj przygotowuje są formy, tutaj też są odlewane, zdobione i wypalane. Ręczne zdobienia sprawiają, że każdy element jest wyjątkowy, widać na nich pojedyncze pociągnięcia pędzla.
Manufaktura przygotowuje także miniaturowe piecyki, kafelki ścienne i portale kominkowe. Produkty z nakomiadzkiej manufaktury dostępne są w DAV Import (Warszawa, ul. Bartycka 175 lok. 4), Impresji (Piaseczno, ul. Kruczkowskiego 8a), Scenerii (Gdańsk, ul. Długa 22/27) oraz na stronie manufaktury (www.nakomiady.pl).

Tekst dla    

17:46, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2008

Czarno-biały świat.

W Evergreen znajdziemy przede wszystkim wzornicze evergreeny. Od projektów Le Corbusiera z lat 20. ubiegłego stulecia, poprzez Nelsona, Jacobsona i Eamesów z lat 50. aż po lampy Pistillo i Tama (projekty z lat 70. XX wieku). To miejsce dla miłośników klasycznego dizajnu, ale nie będą zawiedzeni też amatorzy nowości, w sprzedaży pojawiły się ostatnio lampy polskiej firmy Kafti. Niedawno butik powiększył się o nowe pomieszczenie, oprócz czarnej jest też teraz biała część.

Evergreen, ul. Tamka 49 (wejście od Ordynackiej), Warszawa. Czynne w poniedziałki od 15.00 do 19.00, od wtorku do piątku w godzinach 11.00 - 19.00 (z przerwą od 14.00 do 15.00), a w soboty od 11.00 do 15.00.

Tekst dla    

17:58, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 listopada 2008

Na ulicy Rzemieślniczej numer 42, w Sopocie, mieści się hotelik nieduży, 7 pokoi, 7 historii...

W tak zwanym świecie nie jest to nowa sprawa, poszukuje się miejsc wyjątkowych, z charakterem, pomysłem, duszą. W opozycji do sieciówek, gdzie pokoje, nieważne czy w Londynie, Moskwie, Nowym Jorku, Buenos są takie same. Z Lalala było jak piosence: ‘'Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel''. Asia Zastróżna to artystka cyrkowa (nie mylić z cyrkówką), specjalność trapez, Wojtek Wojtkuński - socjolog i rzeźbiarz i Paula Krajnik. Na początku tego roku trójkątny układ uległ nieznacznej modyfikacji. Rafał Jurewicz, anglista - wokalista, zastąpił Paulinę, a ona sama przeszła na odcinek produkcji filmowej. Z materią zmagali się dwa lata, a do tych zmagań zaprosili artystów zaprzyjaźnionych, których towarzysko i artystycznie cenili. Każdy dostał do zagospodarowania pokoik i tak zwaną wolną rękę (tudzież dwie). Gośćmi są głównie ludzie, ale jak mówi Gazecie.pl Asia, są otwarci także na inne gatunki zwierząt. Ich codzienność to śniadania serwowane od 10 do 13, bar czynny od 16 do 23 i wolne poniedziałki.

Cały tekst w     

20:45, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2