Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca
Kategorie: Wszystkie | 20eme | DEUTSCH | Domosfera | ENGLISH | Paryż | ludzie | miejsca | przedmioty | streetart | wydarzenia
RSS
środa, 05 sierpnia 2009

Taras w bloku, intymny i przestronny, został urządzony młodzieżowo, kolorowo, z pomysłem, ale bez prowizorek. Kafelkową podłogę zastąpiły panele z drewna akacjowego, pośrodku wyrósł trawnik z rolki. Trawa rośnie w niskich skrzynkach-paletach i wymaga znacznie mniej zachodu niż kwiaty.

Propozycja dla tych, którzy w środku miasta przez kilka letnich miesięcy życzą sobie mieć egzotyczne wakacje bez choroby lokomocyjnej, zmian stref czasowych i obowiązkowych szczepień...

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak   Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

13:39, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009

Wakacyjne zdjęcia powstają w setkach i tysiącach. Na koniec urlopowe kadry i tak lądują hurtowo na twardych dyskach komputerów.

Czasem, wydrukowane, zapełniają pudełka po butach na dnie szafy. Z rzadka poukładane w chronologicznej kolejności opowiadają historie w albumach fotograficznych. Najlepsze warto oprawić w ramki i stale mieć na oku. Powieszone na ścianie lub postawione na biurku są miłym akcentem we wnętrzu. Fotografia, ta całkiem amatorska, bez artystycznych ambicji, tworzy intymną i niebanalną atmosferę. Drobne usterki (takie jak na przykład złe wykadrowanie, albo „czerwone oczy”) można poprawić przy użyciu najprostszych darmowych programów. Fajnie jest dodać passe-partout. Passe-partout to tekturowe obramowanie fotografii, które możemy wyciąć sami lub kupić gotowe w sklepach z materiałami dla plastyków. Zastosowane w jednym kolorze ujednolici zdjęcia i zgra je z kolorystką pomieszczenia. Podobny rezultat osiągniemy, gdy fotografie oprawimy tylko w jeden rodzaj ramek tego samego rozmiaru. Wybór ramek, albumów i innych akcesoriów jest ogromny. "Antyoprawy", czyli wizytowniki i antyramy, ramki drewniane, metalowe, z plastiku, bogato zdobione albo bardzo proste. Oprócz tego albumy: z miejscem na zdjęcia i podpisy albo tradycyjne w grubej oprawie ze stronami poprzedzielanymi pergaminowym papierem.

W ponad stupięćdziesięcioletniej historii fotografii było wiele innowacji, które poszerzyły popularność amatorskiego robienia zdjęć. Od pierwszych przenośnych aparatów, poprzez błony fotograficzne, aż do zmiany stylu życia i powszechnej mody na letnie wyjazdy urlopowe. Jednym z kroków milowych było na pewno pojawienie się w 1934 roku aparatu Kodak Baby Brownie sprzedawanego za jednego dolara. Do dzisiaj uważany jest za ikonę XX-wiecznego designu. Polską ikoną popularnej fotografii stała się Zorka 5.

Nawet najprostsza lustrzanka nie dla każdego jest jednak prosta, aparat Polaroida rozwiązywał wszystkie problemy i skracał całą procedurę robienia fotografii zaledwie do jednej czynności - naciśnięcia przycisku. W latach 90. nadeszła era aparatów zwanych małpami, tanich i prostych. Miały wiele wad, ale i tę zaletę, że zdjęcia mógł robić każdy. I dzisiaj, po cyfrowej rewolucji, mają swoich zwolenników, bo kto nie lubi czaru starych zdjęć z wakacji?

 

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak

zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta

Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

12:11, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Komentarze (1) »
środa, 24 czerwca 2009

Do tej pory Warlikowski miał szczęście zarówno do publiczności jak i do krytyki. Jego „Król Roger” w paryskiej Opéra Bastille przerwał tę dobrą passę…

Powiedzieć, że przedstawienie zostało przyjęte chłodno to mało, Warlikowski, który wykazał się dużą odwagą wychodząc na scenę po przedstawieniu, został po prostu wybuczany. Na tle owacji jakie otrzymali wykonawcy i orkiestra, musiało to być szczególnie dotkliwe. O przedstawieniu dosyć obszernie napisał Jacek Hawryluk w „Wyborczej”, ograniczę się więc jedynie do osobistego zachwytu Olgą Pasiecznik w roli Roksany i Mariuszem Kwietniem w roli Rogera (który nie tylko świetnie śpiewa, ale i świetnie wygląda).

 

Trudno mi polemizować z zarzutami jakie stawia się Warlikowskiemu, ale scenografię można zaliczyć zdecydowanie na plus przedstawienia. Jest oszczędna, momentami wręcz ascetyczna i dzięki temu pełna wyszukanego piękna. Małgorzata Szcześniak konsekwentnie stosuje ograniczone palety barw. Sceny „basenowe” (basen jest centralnym elementem scenografii) robią duże wrażenie. W połączeniu z choreografią Saar Magal tworzą oniryczne, pełne magii obrazy. Ci którzy chcieliby osobiście o tym przekonać, mają jeszcze szanse do 2 lipca.

Le Roi Roger – opera w trzech aktach Karola Szymanowskiego (1926) z librettem Jarosława Iwaszkiewicza, Opéra Bastille.

22:37, aleksander.lesiak , Paryż
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 czerwca 2009

Dzikie, kolorowe, czy bestie nie wiadomo… O ile jeszcze takiego tygrysa można od biedy o jakieś (domniemane choćby) bestialstwo podejrzewać, to za żyrafę, surykatkę i zebrę musiałby się wziąć chyba sam pan prezes. Żyrafy, tygrysy i inne grasują po ścianach paryskich domów za sprawą MOSKO. Zwykle w 18, 19 i 20 dzielnicy, ale przykład powyższy świadczy dobitnie, że i w centralnych dzielnicach nie można się czuć bezpiecznie. MOSKO są (jest?) bytem podwójnym, to panowie Michel Allemand i Gérard Laux. Tygrys na zdjęciu straszy na rue des Rosiers, w sercu dzielenicy Le Marais. Bojaźliwi mogą schronić się w żydowskim wyszynku (drzwi obok), wypić pięćdziesiątkę polskiej wódki i zagryźć strudlem. Odważni niech strzelają migawką aparatu i tropią po Paryżu innych uciekinierów. W polowaniu można wspomóc się adresem: http://www.moskoetassocies.fr/. Powodzenia.

15:11, aleksander.lesiak , streetart
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Kiedyś na poważnie, teraz dla żartu.

Poroża były kiedyś czymś więcej niż tylko bajerem do powieszenia na ścianę. Podkreślały status pana domu, były trofeami myśliwskimi, świadczącymi o odwadze. Zdobiły wiejskie rezydencje i pokoje w stylu myśliwskim. Ciągle są amatorzy takich ‘'ozdób'', ale dla większości z nas poroże stało się synonimem obciachu na równi z makatką z jeleniami na rykowisku. Teraz nieoczekiwanie powracają, potraktowane z przymrużeniem oka, wzięte w cudzysłów, doskonale odnajdują się we współczesnych wnętrzach.

 

Sala leśna w restauracji Ale Gloria pełna jest poroży. - Sala jest zaaranżowana z myślą o mężczyznach, którzy lubią takie klimaty. Ciężka, mroczna atmosfera, jak w lesie tuż przed polowaniem. Poroża są oczywiście drewniane, lecz wyglądają jak prawdziwe, nasi goście często dają się nabrać - mówi Łukasz Urbańczyk z Ale Glorii.

 

Kafka jest lokalem nowoczesnym, z elementami vintage. Zdecydowanie modnym i zdecydowanie bezpretensjonalnym. Poroża na jasnej boazerii są niczym wspomnienie weekendowej wycieczki pod Sztokholm albo Helsinki. Może gdzie indziej było by to na granicy dekoratorskiej porażki, we wnętrzach Kafki jest strzałem w dziesiątkę. Poroża niestety prawdziwe, ale wybaczamy.

 

O la, la! W sopockim arthotelu Lalala jest siedem pokoi, każdy inny, każdy wyjątkowy. Pokój numer 44 zaprojektowali Jakub Rebelka i Iwona Cybula. Tajemniczy, futrzany, leśny klimat. Totalny czad z czerwonym porożem nad łóżkiem. I z białymi różkami na drzwiach w roli wieszaków. Bardzo odważnie, erotyczne a nawet perwersyjnie. Można śmiało powiedzieć, że w tym pokoju przyprawiono nie jedne rogi.

                     

DK Living przygotował wspaniałe poroże antylopy z polerowanego aluminium. Prawdziwe rogi antylopy stosowane były do zabiegów magicznych i jako afrodyzjak. Dlatego teraz wiele gatunków jest na liście zagrożonych wyginięciem. Błyszczące poroże na ścianie robi wrażenie. Sam nie wiem czy bardziej ze względu na połysk, wielkość czy może kulturowe konotacje.


Restauracja Ale Gloria, Plac Trzech Krzyży 3 (Dom Dochodowy), Warszawa. Czynne codzinnie w godzinach od 11.00 do 23.00.
Kawiarnia Kafka, ul. Oboźna 3, Warszawa. Czynne od 9.00 do 22.00. Wi-Fi gratis.
Arthotel Lalala, ul. Rzemieślnicza 42, Sopot. Pokój dwuosobowy ze śniadaniem kosztuje 350 złotych, dwupokojowy apartament z trzema balkonami 700 złotych.
DK Living - produkty firmy dostępne są w sklepie internetowym vivre.com. Aluminiowe poroże antylopy kosztuje 650 dolarów, czas dostarczenia 8 tygodni.
Prawdziwe poroże możemy zawsze wyszperać u dziadka - myśliwego lub na targu staroci. W cenie od złotówki (za małe różki) do 4000 złotych (za całą kolekcję) znajdziemy na serwisie aukcyjnym allegro.pl.

14:50, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2009

Światowa stolica wina pełna jest zachwycających błękitów. Od delikatnych turkusów, poprzez odcienie niebieskiego aż po nasycone granaty i ultramarynę.

 

Bordeaux od niedawna jest na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO, odrestaurowana kamienna starówka jest naprawdę imponująca. Można stąd przywieźć wspomnienia wspaniałych budowli, butelkę wina albo... kolekcję inspiracji kolorem. Niebieski w Bordeaux jest wszechobecny, na każdym kroku występuje w dziesiątkach wersji, dużą sztuką jest nazwanie ich po imieniu. Czy to jeszcze granat? A może już ultramaryna? I czym się różni zwykły błękit od błękitu paryskiego?

 

Leżak kojarzy się jak mało co z wakacjami. Wiadomo, plaża, słońce i wielki błękit morza. Ale na leżaku poleżeć można przecież nawet na balkonie. Łatwo złożyć, łatwo rozłożyć. Ten, w kolorze zgaszonego turkusu pochodzi z letniej kolekcji Habitat.

 

Granat i turkus, turkus i granat. Te dwa kolory bardzo się lubią. Krzesełko jest składane, radyjko też przenośnie. Można taki zestaw wziąć pod pachę i udać się do ogrodu na wczasy pod gruszą. Radio firmy Lexon kupimy w Magazynie Praga za 190 złotych.

 

Nie zawsze latem pogoda dopisuje, niebo robi się granatowe i zanosi się na deszcz. Na rozgrzanie (i podgrzanie letniej atmosfery) herbata w granatowym kubku. Kubek PILA z Habitatu kupimy z sklepach Hoft (w warszawskich centrach handlowych Domoteka i Blue City).

 

Niebieski jak niebo, albo jak woda w basenie. Niebieski jest sprawdzonym i bezpiecznym pomysłem na łazienkę. Ręcznik SAXON kupimy w sklepach IKEA na terenie całego kraju za 12,99.

 

Gdy wszystko inne zawodzi, rozwiązaniem może okazać się szklaneczka czegoś mocniejszego. Kolorowy drink z parasolką jest dobry na lato, a potem na wspomnienie o lecie. W ogóle jest dobry cały rok. Kieliszek PRALIN kosztuje w IKEA 9,99.

 

Więcej o wnętrzach z Bordeaux (i z zachodniej Francji) przeczytamy w magazynie Maisons Coté Ouest (dostępny w wybranych sklepach wnętrzarskich i salonach Empiku).

19:57, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2009

 

Pięcioletnia Nadia uważa się za czarodziejkę i baletnicę, Ewa i Jacek są ceramikami, dwuletni Igor jeszcze nie wie, kim zostanie. Żeby do nich dotrzeć, trzeba pokluczyć po wiejskich drogach. Mieszkają w Brzączowicach, w gminie Dobczyce (około 30 km od Krakowa), w małym amarantowym domu nad jeziorem. "Biały byłby za jasny, amarant ładnie kontrastuje z zielenią powoju" - mówi Ewa. "A tak naprawdę ten kolor to był przypadek. Jechaliśmy do Krakowa i gdzieś przy zakopiance zobaczyliśmy dom w takim kolorze". Od właściciela wzięli kod koloru, potem wystarczyło go podać w sklepie z mieszalnikiem farb. Sześć lat temu była to zwykła wiejska chata kryta strzechą. Rodzice Jacka kupili ją na dom letniskowy. Po ślubie Ewa i Jacek stanęli przed wyborem: albo wspólny dom z rodzicami, albo samodzielne życie w bloku. Letniskowa chata okazała się niedroga w utrzymaniu - ogrzewają ją kozą i kominkiem. To wystarcza, żeby nie marznąć. Poddasze, które latem jest sypialnią, na zimę zamykają.

 

Uczyli się w szkole plastycznej w Wiśniczu. Potem on studiował ceramikę na wrocławskiej ASP, ona zmieniała pracownie ceramiczne, by w końcu założyć własną. Spotkali się po latach na majówce, którą zorganizowali ich wspólni znajomi ze szkoły w Glichowie, po drugiej stronie jeziora. "Wiśnicz trzyma się razem" - śmieje się Ewa. Pracują razem w swojej pracowni w Myślenicach. Jacek woli proste, praktyczne formy: misy, talerze, butle. Ewa lepi anioły, lubi zmieniać glinę w organiczne kształty. "Jacek toczy, ja lepię ręcznie" - tłumaczy. Jacek eksperymentuje ze szkliwami. Wynajdując nowe, zamienia się w alchemika (nie chce zdradzać, jak powstają). Naczynia wypalane są dwukrotnie. Najpierw w temperaturze 800-900 stopni C na biskwit. Potem zanurza się je w szkliwie. Przed wypaleniem szkliwo jest mętną, białą zawiesiną. Nic nie wskazuje na to, że zawarte w nim minerały pod wpływem temperatury uzyskają kolor i staną się połyskliwe. Drugie wypalenie wymaga absolutnej precyzji, "a i tak nigdy do końca nie wiadomo, co wyciągniesz z pieca" - mówi Jacek. Na wygląd szkliw krystalicznych (Jacka ulubionych) o fantazyjnych fraktalowych wzorach wpływ ma wszystko: temperatura, czas wypalenia, liczba przedmiotów w piecu.

 

Dzień upływa na załatwianiu drobnych spraw: trzeba jechać do pracowni, do urzędu, po glinę i podstawowe szkliwa. Czas odliczają od jednego do drugiego dużego zamówienia. Duże zamówienie to na przykład kilka tysięcy kubków z reklamowym nadrukiem. Dzięki takim zleceniom mogą robić "swoje" i myśleć o rozbudowie domu. A planów mają kilka. Chcą ocieplić letnią sypialnię, aby była całoroczna, przebudować kuchnię i ją doświetlić, w stodole przy domu planują małą pracownię z pokojem dla gości (siedem aut przed domem to normalny widok, przesiadują u nich znajomi, rodzina - siostra Jacka mieszka po drugiej stronie jeziora). No i koniecznie chcą mieć werandę.

 

Co roku przeżywają nową ceramiczną fascynację. Kiedyś były to ryby: małe, duże i ogromne. Potem liście, był też czas aniołów. Ostatnio - oprócz szkliw krystalicznych - geometryczne formy. "Japońszczyzna" to wynik znajomości z Kazu, Japończykiem, który osiadł w okolicy, oraz zamówienia na reklamowy gadżet dla japońskiej firmy - zestaw do sushi. Swoje prace podpisują różnie, czasem znakiem ryby (Ewa), coraz częściej po prostu "Budzowski", kiedyś odbiciem lustrzanym liczby 153 - to numer ich domu; swoją pracownię też tak nazwali: Studio 153. Gdy Ewa (nie pamięta przy jakiej okazji) natknęła się na biblijny fragment o połowie przez apostołów 153 ryb, nie wzięła tego za zwykły zbieg okoliczności. Właśnie czekają na zamówienie od Belgów. Jeśli wypali, ich prace będą sprzedawane w dwustu miejscach w Europie.

Tekst i stylizacje: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, Copyrights (tekst i stylizacje): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska

M jak mieszkanie nr 9 (56), 2004/09/01 - 2004/09/30, str. 22 - 26 / Wysokie Obsasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 238, 2003/10/11, str. 52 - 56

15:22, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Od niedawna są małżeństwem, rodzicami i działającymi na własny rachunek marszandami. "Chyba jest coś przełomowego w 30. urodzinach... - zastanawia się Małgosia. - W tym wieku wszyscy nasi znajomi postanowili coś w swoim życiu zmienić. Jedni brali śluby, inni zmieniali pracę, jeszcze inni wyjeżdżali". Małgosia też postanowiła coś zmienić. Po pięciu latach zrezygnowała z pracy w galerii Andrzeja Starmacha. Z mężem Marcinem i kilkumiesięczną córeczką Różą przeprowadzili się do nowego mieszkania wynajętego na krakowskiej Krowodrzy. Z oszczędności, które mieli, założyli własną galerię (ryzyko do krakusów niepodobne). 

Równo rok temu Gołębiewscy otworzyli na Józefa Novą. Zaczęło się od miejsca. "Znaleźliśmy na Kazimierzu maleńkie mieszkanie, okazało się, że można je połączyć z dozorcówką i w ten sposób będziemy mieli jakieś 30 metrów" - opowiada Marcin. To wystarczająco dużo na początek, wystarczająco dużo kłopotów...

 

Małgosia od dawna myślała o galerii nastawionej na współczesne polskie malarstwo, Marcin ze swoją żyłką do interesów stał się biznesową podporą rodzinnego przedsięwzięcia. Było w tym sporo szaleństwa; obrazy nie są towarem pierwszej potrzeby, zwłaszcza autorstwa malarzy, o których dopiero przyjdzie usłyszeć. Małgosia i Marcin twierdzą, że sporym sukcesem w tym biznesie jest już niedokładanie do galerii. Im udało się znacznie więcej. Znaleźli klientów, i to nie tylko wśród lekarzy, prawników, ale i takich, którzy obrazy kupują u nich na kredyt. "Nie ma na razie w Polsce rynku sztuki. Ale będzie" - twierdzi Małgosia. "Przykład galerii takich jak nasza mówi sam za siebie. Za parę lat plakat z marketu na ścianie będzie strasznym obciachem". Prowadzenie galerii to jedyne hobby, jakie aktualnie mają, na inne nie zostaje im już czasu. Wszystko się w ich życiu przemieszało - praca to pasja, pasja to praca, praca w domu, czas wolny w pracy... Obrazy w domu takie jak w galerii.

 

Przestronne ponadstumetrowe mieszkanie na Batorego pomogła im znaleźć mama Małgosi. Było dokładnie takie, jakie chcieli - "z oddechem", czyli wysokimi stropami, w zadbanej kamienicy z lat 30. Sąsiedzi - lekarze, artyści, i pewna aktorka, dobra znajoma Papieża, jak się o niej mówi. Jednym słowem mieszkanie bardzo mieszczańskie. A mieszczaństwa, jak twierdzi Marcin, to jedyna rzecz, która się nie starzeje. Mimo zagonienia pielęgnują swoje "mieszczaństwo". Herbata w imbryku, porcelanowe filiżanki, domowe ciasto... i kuchnia w starym dobrym stylu - bez mikrofali, za to ze spiżarnią. I może właśnie ze względu na mieszczański rys nie mogło być mowy o prowizorce, musiało być solidnie, "na stałe". Dlatego trudno uwierzyć, że to nie ich własne, ale wynajmowane mieszkanie.

 

Lubią kolor. Chociaż kolorystyka mieszkania jest raczej przypadkowa. Oprócz gabinetu. Marcin już po raz kolejny - wraz z biurkiem i szafą biblioteczną - przeprowadza swoje ulubione żółcie. Meble, jak to w Krakowie, z historią. Nie żadne tam kolekcje, ale solidne, z klimatem. Przy nich nawet sofy z Ikei zyskują na fasonie. A obrazy realistyczne, foto- i hiperrealistyczne, wciągające, chociaż nieco kiczowate. Małgosia opowiada o nich bez końca. I o autorach, bo każdego z nich zna - większość wystawia w Novej. Własna galeria to w ich wydaniu nie okazjonalne sączenie szampana na wernisażach (jak w serialu telewizyjnym). To całkiem normalny biznes - telefony, spotkania. Gdy jest taka potrzeba, obrazy pakują do swojego kombi i jadą kilkaset kilometrów, żeby je pokazać klientowi. W domu bywają na zmianę. Jedno zostaje z Różą, drugie jedzie do galerii. W weekendy zamykają swoje laptopy. Przyrzekli sobie: żadnego odbierania mejli w niedzielę. Nie zawsze się udaje.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, stylizacja: Maria Maan Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska / Copyrights (stylizacje): Maria Maan

Wysokie Obcasy nr 17 dodatek do Gazety Wyborczej nr 97, 2004/04/24, str. 56 - 60

23:59, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 kwietnia 2009

Prosty pomysł na efektowną dekorację.

 

Puste ściany odeszły do lamusa. We wnętrzach rządzi kolor. Wzory, desenie i aplikacje coraz śmielej poczynają sobie nawet w nowoczesnych i minimalistycznych wnętrzach. Naklejki dobrze nadają się do szybkich zmian. Piętnaście minut i już! W sklepach i serwisach internetowych znajdziemy setki różnych wzorów, często dostępnych w kilkunastu kolorach. U nas dominują kwiaty i esy-floresy, na zachodzie popularne są też zdjęcia i odważne zapożyczenia z popkultury (od japońskiej mangi po Warhola).

 

Można je nakleić na ściany (zamiast szablonów, przy korzystaniu z których często robią się kłopotliwe zacieki), na fronty szaf i szafek i na sufity (zamiast plafonów). Naklejone na szyby, matowe i półprzezroczyste będą pełniły rolę nowoczesnych zazdrostek. Modne są też takie, które tworzą zaskakujące iluzje, podejmując grę z otoczeniem. Są trwałe, w normalnych warunkach przetrwają nawet pięć lat, a jak się znudzą, zawsze możne je odkleić.

 

Staramy się, jako zwichrowana para grafików, łączyć nowoczesny design z gustami naszych rodaków - mówi Kasia Rostowska z serwisu naklejkiscienne.pl - Mamy wzory roślinne i wiele ‘'offowych'' produkcji. Chcemy pokazać, że naklejka Space Invaders nad kanapą może wyglądać kapitalnie, że wchodząc do mieszkania i "napotykając" na podłodze w przedpokoju grę w klasy od razu poprawia się humor.

 

Naklejki można kupić między innymi w Empiku, Leroy Merlin, IKEA i w serwisach internetowych: naklejkiscienne.pl, szbloneria.pl, artofwall.com.pl i wielu innych. Ceny od kilkudziesięciu do kilkuset złotych.

18:23, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 kwietnia 2009

Sposób na ścienną nudę.

 

Przywożone dwadzieścia lat temu z Zachodu fototapety istniały w dwóch podstawowych wersjach: jesienny las i piaszczysta plaża z palmą (a może pamiętacie jeszcze jakieś?). Dla jednych były szczytem szpanu i obiektem pożądania, dla innych synonimem złego gustu i strasznym obciachem. Dzisiaj znów są na topie, niby podobne w zamyśle, ale jednak zupełnie inne.

 

Po pierwsze dostępne są w dziesiątkach rożnych wzorów, do wyboru, do koloru. Łatwe w montażu, bo samoprzylepne. Trwałe, bo wydrukowane na specjalnych materiałach 3-M, pokryte laminatem i zmywalne. Możemy je zatem wykorzystać w pokoju, ale też w kuchni i w łazience. Mają niestety jedną zasadniczą wadę, nie są tanie, kosztują około 200 złotych za metr kwadratowy. Wzory ze zdjęć znajdziecie na stronie artofwall.com.pl.

00:02, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 kwietnia 2009

W literach jest coś fascynującego. Nawet, gdy nie składają się w słowa. 

Niektórzy ich nie lubią. Victoria Beckham chwaliła się ostatnio w jakimś wywiadzie, że w życiu nie przeczytała żadnej książki. Inni przeciwnie, w domowych biblioteczkach maja kilka tysięcy woluminów, właśnie dlatego, że je przeczytali.

 

Abecadło z pieca spadło. Literki (cyferki czasem też) rozłażą się po ścianach i sprzętach. Zazwyczaj czarnobiałe, niekiedy lubią kolor. Występują na tapetach, lub jako naścienna naklejka z ulubionym cytatem (duży wybór znajdziecie na naklejkiscienne.pl).

 

Można im pomóc wejść na ścianę stosując szablon, albo użyć wczorajszą gazetę (w restauracji Dziki Ryż w Warszawie cudnie sprawdzają się naklejone stare, chińskie gazety). Dla miłośników podróży mapa Nowego Jorku (mam taką w przedpokoju - tapeta z Leroy Merlin, trzydzieści złotych za rolkę).

20:27, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie było to żadne objawienie. Po prostu znaleźli działkę, która spełniała warunki: nie dalej niż 30 km od Warszawy i nie drożej niż 10 dol. za metr. Poza tym Justyna miała nadzieję, że jak ktoś kupi obok nich ziemię, w szczerym polu nie postawi gargamela, bo nie będzie miał inspiracji. Domów jest na razie niewiele, ale sąsiadów, z którymi się przyjaźnią, mają więcej niż w Warszawie (zawarli znajomość także z tymi, których budowlane plany są odległe).

 

Projekt domu zamówili u sopockiego architekta Rafała Degutisa. Przyjechał obejrzeć teren i przywiózł ze sobą gazetę ze zdjęciami domu, który mu się podobał. Im spodobało się i zdjęcie, i zaangażowanie młodego architekta. Zamówienie było proste: parterowy dom, płaski dach (odwołanie do modernizmu to sentyment do pierwszego wspólnego mieszkania w przedwojennej kamienicy na warszawskim Mokotowie), przestrzeń loftu. Ale prace na projektem trwały prawie rok. Najpierw architekt przedstawiał rzuty, dopiero później wspólnie pracowali nad bryłą. W efekcie powstały dwie połączone ze sobą części. Niższa to sypialnia, łazienki i garaż, wyższa to kuchnia otwarta na salon i antresola. Elewację chcieli mieć z dwóch materiałow - tynk i nie wiedzieli, co jeszcze. Cegła była za "słodka", piaskowiec za "miejski" i za drogi, beton za surowy. Na złoty środek wpadli w ostatniej chwili, już w trakcie budowy. Przypadkiem zobaczyli dom z szarej betonowej cegły. Z tablicy informacyjnej spisali namiary na kierownika budowy i w ten sposób namierzyli producenta.

 

Starają się kupować polskie produkty. Najlepiej idzie im w sklepie spożywczym, najgorzej w sklepie z ubraniami. Kupują polską "chemię", pieluchy. W czasie budowy domu sprawdzali, czy np. klej, który kupili robotnicy, jest polski, jeśli nie był, pytali dlaczego. Mówią, że do kupowania polskich produktów przekonały ich i wyższe cele społeczne, i jakość, i cena (dzięki której, jak twierdzą, stać ich było na wymarzony dom pod Warszawą). W łazienkach ceramika z Koła i baterie z Valveksu, okna zamówili w AdPolu, drzwi w Stolbudzie, wkład kominkowy u Hajduka, lampy w salonie wykonała na ich zamówienie firma Ramko, obity szarą wełną narożnik kupili w Domo Faber. Odstępstwem od regułu jest lodówka, bo nie znaleźli z kwasoodpornej stali u polskiego producenta. Wszystkie meble oprócz sofy wykonane zostały na zamówienie według ich projektów. "Lubimy mieć rzeczy, które powstały tylko dla nas" - mówi Justyna. Zaczęli wspierać już nie tylko polskie, lecz także lokalne. W swojej okolicy znaleźli stolarza - zrobił dla nich meble do sypialni i taras, tapicera, który naprawił i odnowił krzesła po babci, także szklarza. Efektem poszukiwań polskich producentów jest osiem segregatorów z informacyjnymi ulotkami.

 

Już w trójkę planują kolejne przedsięwzięcia - kilka miesięcy po przeprowadzce urodził się Antek (do rodziny należy jeszcze Zoltar - kot syjamski). Półki na antresoli, bo w końcu trzeba wyjąć z pudeł książki. Ogród. Trochę tęsknią za dniem, kiedy nie będzie już nic do zrobienia i staną z drinkiem na antresoli, patrząc z góry na to, czego dokonali.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Michał Mutor / AG, stylizacja: Elżbieta Matuszewska Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta / Copyrights (stylizacje): Elżbieta Matuszewska

Wysokie Obcasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 244, 2004/10/16, str. 44 - 47

13:49, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009

Tomek (typ samotnika, "gbura", który podobno zyskuje przy bliższym poznaniu) początkowo mieszkał w Falenicy sam. Potem wprowadziły się do niego kolejno: Kinchi, Darcy i Trupol (koty), Sylwia z Joką (psem), dwiema walizkami i kilkoma książkami. Sylwia miała zostać na trochę. Pół roku temu urodziła się Nadia, córka Sylwii i Tomka. Gdy dom spodobał się twórcom "Przyjaciółek", serialu w MTV, bohaterki filmu też w nim "zamieszkały" na kilka dni.

 

W dzieciństwie Sylwia trochę zazdrościła koleżankom ich kolekcji strojów dla Barbie i historyjek z Donalda. Sama nie potrafiła niczego zbierać. Na krótko zainteresowała się jedynie zbieraniem znaczków. Tomek przeciwnie. Lubi łączyć przedmioty w wymyślne ciągi kolekcji. Wymyślne, bo ułożone według tylko jemu znanej logiki. I nazywa przewrotnie to swoje kolekcjonowanie "gromadzeniem". Ma całkiem sporo zgromadzonych czarnych płyt, od Led Zeppelin, Lou Reeda i AC/DC, przez Michaela Jacksona, Kajagoogoo i Wham, po Debussy'ego, Prokofiewa i soundtracki z "Flashdance" i "Jana Serce" (na co dzień reżyseruje teledyski, które zna każdy, kto chociaż trochę interesuje się muzyką, kręcił wideoklipy dla Reni Jusis, Fisza, Fiolki, T. Love, Blue Café, a ostatnio Sidneya Polaka; kręci również reklamy, najbardziej znana to chyba ta o "popieprzonych kurczakach"). Do tego masa kompaktów, książek i albumów. Niewielki zbiór trójwymiarowych obrazków dewocyjnych. Ostatnio Tomek poluje na bajki dla dzieci na taśmie 8-mm. "To ma być dla Nadii - tłumaczy. - Jak trochę podrośnie".

 

Zaraził Sylwię zbieractwem w jednym przypadku. Samochody mają cztery. Stare, piękne graty. Sylwia ma saaba 96 w kolorze budyniu waniliowego, którego pieszczotliwie nazywa "Budyniem". Tomek ma saaba 900. Wspólna jest pomarańczowo-czarna "cytryna" (citroën 2CV), czerwoną właśnie sprzedali. Renault 4 - tak stary, że nadaje się tylko do przewożenia drewna do kominka - jest u nich na dożywociu. Planowali kiedyś sprzedaż saaba, tylko że Tomek myślał o saabie Sylwii, a Sylwia o saabie Tomka. Do ugody między nimi w kwestii sprzedaży samochodu nie doszło.

 

Osobny podzbiór stanowią przedmioty, których nijak nie da się przyporządkować. Czasem ładne, częściej jednak osobliwe. Pod sufitem zawieszony jest na żyłce wampir z pchlego targu w Berlinie (trochę podobny do tego z czołówki "Wieczoru z wampirem"). Wystarczy włączyć guzik i kukiełka lata w kółko, machając skrzydłami i mrugając na czerwono oczami. Kiedyś był główną atrakcją imprez. W galerii osobliwości jest także odpustowa Myszka Miki, która robi salta na drążku, elektryczna gitara z teledysku (w finale klipu miała być roztrzaskana, ale tak się Tomkowi spodobała, że zmieniono scenariusz), drewniane figurki kobiet naiwnego twórcy Ziętka.

 

Wystawy to oddzielna działka. Kiedy pozwala na to czas i pieniądze, po prostu wsiadają w auto i jadą przed siebie. Trzy miesiące temu z trzymiesięczną Nadią pojechali do Berlina na wystawę fotografii Henri Cartier-Bressona i Helmuta Newtona, a że Nadia dobrze znosiła podróż, a w Amsterdamie była akurat wystawa prerafaelity Dantego Gabriela Rossettiego, to pojechali i tam, po drodze wpadając do Wolfsburga na wystawę instalacji świetlnych Olafura Eliassona. W Amsterdamie dowiedzieli się o wystawie Joana Miró w Paryżu. To na wystawach Tomek kupuje plakaty, które potem oprawione wiesza na ścianach - z wystawy "A Factory" poświęconej Andy'emu Warholowi, "Heaven" o boskości w popkulturze czy "Arrache mon coeur" duetu fotograficznego Pierre et Gilles. Na wystawach zaopatrują się też w albumy i inne okolicznościowe gadżety jak kubki i zakładki do książek.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Dorota Karpińska
Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Rafał Lipski / Copyrights (stylizacje): Dorota Karpińska

Wysokie Obcasy nr 43 dodatek do Gazety Wyborczej nr 256, 2004/10/30, str. 46 - 50

13:43, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 kwietnia 2009

W Łazienkach, obok Nowej Pomarańczarni znajduje się niepozorna szklarnia, w której mieści się zakład tkacki. Drugiego takiego nie ma ani w Warszawie, ani w całej Polsce. To ostatnia działająca manufaktura żakardów w Europie.

Żakardy to rzadko spotykane barwne tkaniny wyrabiane na specjalnych krosnach, które skonstruował w 1805 roku Joseph-Marie Jacquard. Były one wówczas prawdziwą tkacką rewolucją. Maszyna mogła kierować każdą nitką osnowy osobno, tworząc wzór na całej powierzchni tkaniny. Przy tym do jej obsługi potrzebna była tylko jedna osoba. W zakładzie w Łazienkach podwieszone pod sufitem płótna rozpraszają wpadające światło. Na końcu długiego pomieszczenia stoi biurko, przy którym siedzi Dariusz Makowski, właściciel manufaktóry "Ład". Po obu stronach dwanaście starych krosien, z których każde zmienia setki nici w barwne tkaniny. Przy wejściu solidna lada, półki z belami materiałów, jak w sklepie bławatnym sprzed lat.

Tkaczki w zakładzie Makowskiego najpierw zakładają nici osnowy, potem zawiązują nici wątku: lniane, jedwabne, wełniane. Zajmuje to jeden dzień. Następnie w maszynie umieszczają taśmę z wzorem. W tekturowych płytkach z okrągłymi dziurkami zaklęty jest wzór słuckich pasów, geometrycznych rombów z lat 60. i fantazyjnych girland sprzed dwóch stuleci. Odpowiednio wykończone tkaniny stają się serwetami, obrusami, ozdobnymi kilimami, pasami kontuszowymi czy narzutami. Mogą też być tapetami lub obiciami. Z usług manufaktury korzystają głównie dekoratorzy wnętrz na planach filmowych, restauratorzy zabytków i cudzoziemcy. Manufaktura "Ład" to spory kawałek polskiej tradycji tkackiej zamknięty na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Miejsce wyjęte z rzeczywistości wnętrzarskich supermaketów serwujących tkaniny jak hot dogi: kupić - powiesić - za sezon zmienić. Żakardy z "Ładu" trzeba poznać, polubić ich subtelną kolorystykę i docenić ich specyficzną fakturę. W przypadku manufaktury tkackiej mamy do czynienia z produktem wysokiej jakości w kategoriach: tkanina użytkowa i dekoracyjna, ciekawe miejsce i niebanalne wętrze. Czy ktoś z Was wie czy to miejsce wciąż istnieje?

Manufaktura tkacka "Ład" w Łazienkach, Wielka szklarnia przy Nowej Pomarańczarni (wjazd od ulicy Parkowej).

19:04, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »

Uczeń Warhola i fotograf gwiazd w paryskiej mennicy.

 


Nawet jeżeli ktoś nie zna go z nazwiska, zna jego zdjęcia. Madonna, Paris Hilton, Agelina Jolie, Eminem i wreszcie Amanda Lepore (amerykańska transseksualna ikona), którą sportretował jako warhalowską Merlin i Liz Taylor. Okładki płyt i magazynów. Siła Lachapella nie tkwi jedynie w zaskakującym surrealizmie jego zdjęć, niezliczonym prowokacjom, pięknie nagich ciał i magnetyzmie pop-kultury. Lachapella można z czystym sumieniem nazwać artystą krytycznym, a jego prace odkrywać warstwa po warstwie. Biorąc pod uwagę jego zabawy i romanse z tradycyjną ikonografią (chrześcijańską, popularną...), a także bogactwo tych odniesień, cytatów i zapożyczeń obejrzenie jego retrospektywy jest przeżyciem porywającym. Aby uniknąć godzinnej kolejki przed wejściem, w bilety należy zaopatrzyć się we Fnacu.

Rétrospective David Lachapelle
Monnaie de Paris
11 Quai de Conti, 75006 Paryż
Bilety w cenie 12 Euro

Wystawa czynna do 31 maja 2009 r. 

12:36, aleksander.lesiak , Paryż
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 kwietnia 2009

 

Wielkanocny stół bez barwnych pisanek, ale za to biało-czerwony. Wszystko na nim jest rodzime. Szkło z Krosna, porcelana stołowa z Karoliny, która zaskakuje niebanalną formą. Jest też coś designerskiego, czyli ceramika zaprojektowana przez Marka Cecułę, polskiego projektanta znanego nie tylko w kraju, ale i za oceanem.

 

"Polszczyzna" to też tradycyjne materiały - obrusy z lnu i dębowe krzesła. Do tego przewrotnie goździki, potraktowane jednak na nowo, bez asparagusa. Wesołych Polskich Świąt!

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

16:38, aleksander.lesiak , wydarzenia
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 kwietnia 2009

Na zdjęciu Andre Zucci z 1944 roku rue Belleville jest może niezbyt elegancka, ale pełna ulicznego życia. Ta część Paryża nigdy nie była szczególnie szykowna. Od zawsze dwudziesta dzielnica, której kręgosłupem jest rue Belleville, była proletariacka i pozbawiona zadęcia.

Dzisiaj ten odcinek ulicy stracił wiele na swoim uroku, można go rozpoznać w zasadzie jedynie dzięki Les Folies (po środku zdjęcia, prawa strona ulicy) - zawsze zatłoczonym barze z typowo paryskim esprit.

20:18, aleksander.lesiak , 20eme
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 kwietnia 2009

 

Malowniczo położone wśród łagodnych mazurskich pagórków Galiny, leżą z dala od głównych szlaków turystycznych i głośnych kurortów Krainy Wielkich Jezior. Bliżej stąd do Kaliningradu, niż do Olsztyna. We wsi mieszka 910 mieszkańców, stoi tam XIV-wieczny kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i renesansowy pałac wraz z majątkiem. Oprócz samego pałacu - z oficynami, oranżerią, budynkami bramnymi i zabytkowym parkiem, jest 200 hektarów ziemi, pensjonat z gospodą, stadnina z dziewięćdziesięcioma pięcioma końmi, stajnie, ujeżdżalnia i parkur, do tego kuźnia, stolarnia, stary spichlerz i trzy stawy.

 


Joannę i Krzysztofa po raz pierwszy do Galin przywieźli ich znajomi. Ponad 10 lat temu. Zobaczyli romantyczne ruiny. Zapadnięty pod własnym ciężarem dach, z dziurami przez które przezierały snopy światła. Na zamokniętych stropach rosły małe brzózki i dorodne paprocie. Choć są przedsiębiorcami, na kupno Galin zdecydowali się bez poważnych kalkulacji i biznesplanu. Dzisiaj Joanna nazywa to szaleństwem, wtedy dała się porwać optymizmowi męża. Tym bardziej, że wystawiony w 1996 roku na sprzedaż przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne pałac kosztował tyle, co średniej klasy samochód osobowy. Dopiero później okazał się studnią bez dna. Co nie wymagało odbudowy, trzeba było remontować. Nawet fundamenty - osłabione przez czas i osuwającą się skarpę - nie trzymały grubych murów w pionie. Ściany dali spiąć stalowymi prętami przewleczonymi przez stropy. Gdy świeżo odremontowane łukowe sklepienia piwnic zaczęły się zapadać, okazało się, że podczas wcześniejszych przebudów nie stawiano ścian na swoim miejscu, obciążając w ten sposób stropy. Tak gruntownego remontu jak za Joanny i Krzysztofa pałac nie przechodził od początku swojego istnienia. Podczas prac archeologicznych i tworzenia dokumentacji zabudowań, odkryto XIII-wieczne fragmenty murów i odtworzono historię przebudów. W tym czasie Joanna z Krzysztofem kupili też tutejszy PGR, który przed wojną był częścią przypałacowego folwarku. Skorzystali z szansy, by znów połączyć pałac i folwark w jeden majątek i tchnąć w niego nowe życie.


Zaciągnęli kredyty w banku. Na potrzeby remontu uruchomili stolarnię, w której powstawały okna, kuźnię, gdzie wykuwano, wzorowane na historycznych, okucia. Od początku gromadzili też stare meble, które sukcesywnie restaurują. Część z nich jest już w odnowionych wnętrzach, inne czekają na zakończenie remontu głównego budynku. Odbudowali XIX-wieczne zabudowania folwarku. W jednym z nich otworzyli pensjonat z gospodą. Pozostałe przeznaczyli na stajnie. W 2001 roku założyli stadninę. W pierwszy weekend sierpnia organizują Galiny Cup, zawody w skokach, zjeżdża wtedy trzy tysiące osób i na kilka dni Galiny zmieniają się w polskie Aachen. Bo Galiny mają być dostępne dla wszystkich i zarabiać na siebie, a nie być prywatną rezydencją.


Joanna z Krzysztofem zebrali wokół Galin grupę sprawdzonych pracowników, którzy prowadzą poszczególne części majątku. Sprawnie już działa dwustuhektarowe gospodarstwo rolne prowadzone przez pochodzącego z Galin Marcina i stadnina, którą świetnie zajmuje się Mirek z pobliskiego Graniewa - zaczynał od kilku koni. Joanna zawsze jeździła konno, przygotowywała nawet konie do wyścigów. - Coś zresztą trzeba trzymać w stajniach. A co jak nie konie? Świnie? Nie wiem czy ktoś chciałby wtedy nas odwiedzać - żartuje. W zeszłym roku właściciele uruchomili pensjonat z gospodą. Kuchnię prowadzi Ola - po kursach mistrzowskich w najlepszych warszawskich restauracjach. Joanna liczy, że majątek stanie się kołem zamachowym dla całych Galin. Już to najpoważniejszy pracodawca w okolicy. Krzysztof załatwia sprawy firmy w Warszawie, a Joanna zajmuje się tylko Galinami, choć wciąż na stałe mieszkają w swym domu pod Warszawą sprzed 20 lat. Kiedy zakładała w Galinach ogród, przeczytała dziesiątki książek, jeździła na wystawy, uczyła się nazw setek roślin. Za to przedmioty z historią zaczęła kupować zanim kupili pałac. Na początku sama zajmowała się ich renowacją, ale po tym jak zatruła się oparami chemikaliów, zdała się na fachowców. Kiedy pensjonat z gospodą zaczną zarabiać, zacznie wykańczać główny pałac: wybierać meble,wyposażenie, kolory ścian. Wszystkiego dopilnuje. Na odpoczynek na mazurskiej „działce" pewnie zabraknie czasu.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

14:03, aleksander.lesiak , ludzie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 31 marca 2009

Pałac został zbudowany w 1589 roku dla barona Botho zu Eulenburga. Początkowo warowny, otoczony ze wszystkich stron wodą, ze zwodzonym mostem, z biegiem czasu stał się wiejską rezydencją. W XVII wieku zostały dobudowane budynki bramne, w jednym znalazła się stajnia, a w drugim wozownia. Kiedy w XIX wieku do Galin przyjechała bogata ciotka ze Śląska, zarządziła gruntowną przebudowę w duchu, modnego wówczas, neogotyku. Fikuśne wieżyczki i szpiczaste zwieńczenia okien nie przypadły Eulenburgom do gustu i w 1921 roku, przywrócili pałacowi barokowy wygląd. W ciągu setek lat Eulenburgowie stali się znaczącą rodziną szlachecką we Wschodnich Prusach, z tytułem hrabiów, europejskimi koneksjami i ponad tysiąchektarowym gospodarstwem rolnym. W rodowej siedzibie wyposażenie było solidne, ale pozbawione blichtru.

 

Meble traktowano jak rodzinne pamiątki, obok tych najstarszych stały nowe, nie zmieniano wyposażenia dla kaprysu. Na ścianach wisiały dziesiątki obrazów. Niewiele było udogodnień, dopiero przed samą wojną pojawiła się na parterze mała łazienka. Na piętrze znajdowały się tylko dwie sypialnie: po jednej stronie dla kobiet, po przeciwnej dla mężczyzn. Najcenniejsze przedmioty i archiwalia znajdowały się w gabinecie z łukami na parterze pałacu, gdzie kiedyś znajdowała się kaplica. W parterowych oficynach mieszkała trzyosobowa służba. Eulenburgowie dotrwali w Galinach końca wojny. Sowieci aresztowali Botho Wend zu Eulenburga, który zmarł podczas wywózki na Sybir. Pałac kompletnie splądrowali, a meble, pamiątki i obrazy spalili przed budynkiem. Ocalało kilka zdjęć i portret ciotki, Ellie. Nowym właścicielem został Udo Graf, siostrzeniec Botho. Ale na tydzień. Perelowskie władze z pałacu zrobiły ośrodek kolonijny, po czym budynek przejął PGR i z czasem obrócił w ruinę. Wiadomość o tym, że Galiny mają od 1996 roku nowych właścicieli szybko dotarła do sędziwego Udo Grafa zu Eulenburga. Początkowo wzajemne kontakty były nieufne. Hrabia nie dowierzał, że Galiny mają szansę odzyskać dawną świetność, a nowi właściciele bali się jego sentymentu za heimatem. Teraz co roku Eulenburgowie przyjeżdżają do Galin. 80. urodziny hrabia spędził w Galinach. W pałacowym mieszkaniu Joanny i Krzysztofa zawisł portret Ellie, jedyny ocalały.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

22:20, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 marca 2009

Kiedy w 1999 roku, w dawnej Fabryce Koronek na Burakowskiej w Warszawie otworzono Red Onion, był to pierwszy sklep w tym miejscu. Dzisiaj Burakowska i Młocińska to wnętrzarskie zagłębie, a mimo to Red Onion pozostaje jednym z najciekawszych miejsc .

Zaczynali od dalekowschodnich klimatów, mebli i dodatków z Indonezji, antyków z Chin. Obecnie to jedynie część ich oferty. Prócz rzemiosła z afrykańskich i azjatyckich manufaktur znajdziemy tam projekty zachodniego designu, od klasycznych zegarów Nelsona i krzeseł Eamesów, po współczesne projekty z Włoch, Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji. W Red Onion kupimy też naturalne kosmetyki, autorski wybór płyt kompaktowych oraz świetne wydawnictwa (książki kucharskie, z wnętrzami, fotografią i aktualne magazyny z całego świata). Wśród nowych marek dostępnych w Red Onion znalazły się między innymi MAGIS, ALESSI, Design House Stockholm, Anglepoise, Nigella Lawson (Living Kitchen) oraz KitchenAid.

Red Onion, ul. Burakowska 5/7, Warszawa. Otwarte od poniedziałku do soboty w godzinach 11.00 - 20.00, w niedziele 11.00 - 18.00.

10:19, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2009

Geometryczne formy we frankfurckim klubie.

Sabine Mühlbauer i Thomas Tritsch z niemieckiego biura projektowego MORGEN lubią geometryczne formy, które można multiplikować. W swoich poszukiwaniach wychodzą od inspiracji kształtem, by budować wokół niego całą koncepcję wnętrza. Tak było też przypadku ich najnowszej realizacji - lounge'u Cocoon Club we Frankfurcie (nad Menem).

Pentagon stał się lajtmotiwem całej przestrzeni. Głównym elementem są pięciokątne plafony świecące w różnych kolorach, które mają swoje odbicie w postaci siedzisk i stolików o tym samym kształcie.

Znalazło się też miejsce na inne formy, kształty i całą gamę kolorów. Pobrzmiewają klimaty lat 60. i 70., a całość jest niczym wspomnienie o dawnym dansingu.

Nowoczesność, choć nie w wersji hi-tech, odnajdziemy w toaletach, gdzie mocne i czyste kolory ścian kontrastują z podłogą, której zwierzęcy deseń jest wariacją na temat pentagonu.

Projekt pięciokątnych siedzisk, które można ze sobą zestawiać i tworzyć z nich większe (a raczej dłuższe) formy był na tyle udany, że postanowili wprowadzić go na stałe do swojej oferty.

22:08, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009

Klocki od Movisi.

Regał PLAY firmy Movisi nigdy nie będzie za długi ani za krótki, składa się go z klocków. Tylko od nas zależy jak go zbudujemy i w jakim kolorze. Antoine Phelouzat, projektant, stworzył system który nie ma końca a za początek ma sześcioelementowy moduł w sześciu kolorach. Zawsze możemy przebudować regał w małe siedziska albo dokupić ‘'części'' i stworzyć z nich room devider. Let's PLAY.

20:48, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 marca 2009

Trzy siostry, cudowny ptak z Armenii i laserowy ploter.

Kafti założyły nieco ponad rok temu trzy siostry z Pszczyny, Sonia - rocznik '72, Monika - rocznik '74 i najmłodsza Dorota - rocznik '80. Dziewczyny z dizajnem nigdy wcześniej nie były związane, ale twórczy niepokój z każdym rokiem w nich narastał i w połowie 2007 roku podjęły decyzję o stworzeniu własnej firmy dizajnerskiej. Nazwały ją Kafti, zainspirowane ormiańską baśnią o królu, który zbudował piękny pałac, w którym brakowało jedynie cudownego ptaka. Tym miał być właśnie Kafti, czymś co ożywia, dopełnia i inspiruje.


Nasze działania połączyła wspólna pasja, chęć i potrzeba tworzenia, próba odnalezienia własnego sposobu na życie - opowiada Monika Brauntsch. Postanowiłyśmy stworzyć razem firmę, działać w obrębie designu, który zawsze nas pociągał i intrygował.
Na początku myślały o otworzeniu concept storu, sklepu z autorskim wyborem przedmiotów. Nie było takiego miejsca ani w Katowicach ani na całym Śląsku. Biznesowo pomysł wydawał się być dobry, ale brakowało im, jak same określają, elementu twórczego. Dorota, która przez dwa lata mieszkała w Danii i tam napatrzyła się na wiele fajnych sklepów i galerii, zaraziła pozostałe siostry ideą projektowania lamp z polipropylenu. Postanowiły spróbować na początek z jedną, sprawdzić czy ma to szansę chwycić. Okazało się, że projektowanie idzie nam całkiem nieźle a każdy nowy pomysł rodzi kolejny. I tak od lampy do lampy - mówi Monika. Kilka pierwszych miesięcy spędziły na projektowaniu, ale też na wdrażaniu się w świat dizajnu. Rozpracowywały tajniki tworzyw polipropylenowych, uczyły się korzystać z programów do projektowania. Początki nie były dla nich łatwe, nie miały kontaktów, brakowało funduszy. W październiku 2007 roku dostały kredyt z Bielskiego Centrum Przedsiębiorczości za który kupiły laserowy ploter (takie urządzenie do wycinania elementów z polipropylenowych arkuszy). Przez następne kilka miesięcy oswajały urządzenie i przygotowywały prototypy.

 

W maju zeszłego roku wystartowała strona internetowa (www.kafti.com)  były gotowe by pokazać się światu. Ich ulubiony projekt, lampę Alien, wysłały na konkurs Śląska Rzecz (to konkurs organizowany przez Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, który objawił nie jeden talent i nie jedną piękną rzecz), otrzymały wyróżnienie. Zachęcone sukcesem wysłały Aliena dalej, do Ronda Sztuki do Katowic, na wystawę w Brukseli, na festiwal Designu w Łodzi. W lipcu Instytut Wzornictwa Przemysłowego z Warszawy zaprosił je na Gdynia Design Days, gdzie ich lampy zrobiły prawdziwą furorę. Ludzie docenili produkty, które były nie tylko ciekawe, nie tylko ładne, ale i w cenach na każdą kieszeń (zaczynają się już od 80 złotych). Potem zostały dostrzeżone przez magazyn Elle Decoration, ich lampy zostały nominowane do nagrody Prodeco w kategorii oświetlenie, nie wygrały, ale były pokazywane na wystawie pokonkursowej i w katalogu nagrody. Idąc za ciosem pojechały na Designer's Open Festiwal do Lipska, Niemcy też polubili te lampy. Nawet bardzo. Więc co teraz? - pytam Monikę. Zaczynamy pracę nad nową kolekcją. Chcemy wprowadzić nowe kolory i wzory lamp z polipropylenu, dostajemy mnóstwo sygnałów od ludzi, mówią nam jakie lampy i kolory im się podobają i chcemy wyjść naprzeciw ich sugestiom. Myślimy też o zupełnie nowej kolekcji, z innych materiałów, nie zdradzajmy na razie z jakich.

18:10, aleksander.lesiak , ludzie
Link Komentarze (7) »
piątek, 13 marca 2009

W kręgu włoskiego wzornictwa.

Już w czasach starego adresu, na Senatorskiej, Domum było miejscem wartym odwiedzenia. Z autorskim wyborem przedmiotów i markami, których nie było gdzie indziej. Po przeprowadzce do warszawskiego zagłębia wnętrzarskiego, na Burakowską, rozwinęli skrzydła. Nowa siedziba dała możliwości przygotowania sporej ekspozycji. Konsekwentnie zwrócono się też w stronę włoskiego dizajnu. Dzisiaj Domum ma ugruntowaną pozycję na wnętrzarskiej mapie Warszawy. Trzeba dodać, że zasłużenie.

Szczególnie polecamy włoskie wzornictwo - mówi Anna Olszewska z Domum - W zakresie mebli współpracujemy prawie wyłącznie z włoskimi producentami. W kwestii oświetlenie również, jednak z uwagi na dobro klienta i wnętrza, czasem pozwalamy sobie na małe szaleństwo na przykład z holenderskim ‘'Moooi''.

Oprócz mebli i oświetlenia w Domum znajdziemy ładne drobiazgi, armaturę łazienkową, dywany i muzykę.

Domum Design, ul. Burakowska 4A, Warszawa, http://www.domum.pl/, czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 11.00 - 20.00, w soboty od 11.00 do 17.00, w niedziele od 11.00 do 16.00

23:00, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 marca 2009

Dom

     


Kiedy już postanowili: „ten dom, albo żaden", okazało się, że jest już niemal kupiony. Ktoś już ich uprzedził. Postanowili więc przebić cenę poprzedniego kupca i zaoferowali właścicielowi nie 6 a 7 milionów złotych i dodatkowo 2 miliony za stodołę. Przeliczając na dzisiejsze pieniądze było to jakieś 3 tysiące dolarów, lub, jak kto woli 10 metrów kwadratowych mieszkania w Krakowie. Cena atrakcyjna, ale dom nadawał się jedynie do remontu. Prąd to było kilka żarówek zawieszonych pod sufitem na przewodach, a woda (oczywiście tylko zimna) jeden kurek w sieni. Zabrali się do pracy. Sień zaadaptowali, zamykając przeszklonymi oknami, zmienili instalacje, szukali miejscowych „szpeców": cieśli, zduna, ucząc się raz po raz na własnych błędach. Kiedy naprawili piec, okazało się, że chyba nie do końca właściwie, bo można w nim było spalić dowolną ilość węgla. Przez długi czas uczyli się też robić odpowiednią polepę. Pamiętają tą pierwszą, okazała się za gruba i po kilku tygodniach spękała i zaczęła odpadać. Na początku 90. roku przeprowadzili się, ale remonty ciągną się do dzisiaj. Tak to już chyba musi być ze stuletnimi domami.


W okolicach roku 96. założyli wreszcie przydomową pracownię ceramiczną, chociaż jeszcze przez kilka lat wciąż mieli też drugą, w Krakowie. Teraz do pracy mają dosłownie „dwa kroki". W każdej chwili można zacząć pracę, albo ją przerwać. Czas pracy miesza się u nich przyjemnie z wolnym. Siedzę przy kamiennym stole z młyńskiego koła, z pracowni wychodzi Piotr umorusany białą gliną i mówi: „Zobacz, jakie światło, chodź pojedziemy na wzgórze, pokażę ci świętego Onufrego". Czasem wpadają do nich ludzie, którzy pocztą pantoflową dowiedzieli się o ich ceramice, w weekendy organizują butik na ganku. Żyją bez pośpiechu, rytmem, jaki wyznacza im Lanckorona.


Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

00:50, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »