Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca
Kategorie: Wszystkie | 20eme | DEUTSCH | Domosfera | ENGLISH | Paryż | ludzie | miejsca | przedmioty | streetart | wydarzenia
RSS
wtorek, 31 marca 2009

Pałac został zbudowany w 1589 roku dla barona Botho zu Eulenburga. Początkowo warowny, otoczony ze wszystkich stron wodą, ze zwodzonym mostem, z biegiem czasu stał się wiejską rezydencją. W XVII wieku zostały dobudowane budynki bramne, w jednym znalazła się stajnia, a w drugim wozownia. Kiedy w XIX wieku do Galin przyjechała bogata ciotka ze Śląska, zarządziła gruntowną przebudowę w duchu, modnego wówczas, neogotyku. Fikuśne wieżyczki i szpiczaste zwieńczenia okien nie przypadły Eulenburgom do gustu i w 1921 roku, przywrócili pałacowi barokowy wygląd. W ciągu setek lat Eulenburgowie stali się znaczącą rodziną szlachecką we Wschodnich Prusach, z tytułem hrabiów, europejskimi koneksjami i ponad tysiąchektarowym gospodarstwem rolnym. W rodowej siedzibie wyposażenie było solidne, ale pozbawione blichtru.

 

Meble traktowano jak rodzinne pamiątki, obok tych najstarszych stały nowe, nie zmieniano wyposażenia dla kaprysu. Na ścianach wisiały dziesiątki obrazów. Niewiele było udogodnień, dopiero przed samą wojną pojawiła się na parterze mała łazienka. Na piętrze znajdowały się tylko dwie sypialnie: po jednej stronie dla kobiet, po przeciwnej dla mężczyzn. Najcenniejsze przedmioty i archiwalia znajdowały się w gabinecie z łukami na parterze pałacu, gdzie kiedyś znajdowała się kaplica. W parterowych oficynach mieszkała trzyosobowa służba. Eulenburgowie dotrwali w Galinach końca wojny. Sowieci aresztowali Botho Wend zu Eulenburga, który zmarł podczas wywózki na Sybir. Pałac kompletnie splądrowali, a meble, pamiątki i obrazy spalili przed budynkiem. Ocalało kilka zdjęć i portret ciotki, Ellie. Nowym właścicielem został Udo Graf, siostrzeniec Botho. Ale na tydzień. Perelowskie władze z pałacu zrobiły ośrodek kolonijny, po czym budynek przejął PGR i z czasem obrócił w ruinę. Wiadomość o tym, że Galiny mają od 1996 roku nowych właścicieli szybko dotarła do sędziwego Udo Grafa zu Eulenburga. Początkowo wzajemne kontakty były nieufne. Hrabia nie dowierzał, że Galiny mają szansę odzyskać dawną świetność, a nowi właściciele bali się jego sentymentu za heimatem. Teraz co roku Eulenburgowie przyjeżdżają do Galin. 80. urodziny hrabia spędził w Galinach. W pałacowym mieszkaniu Joanny i Krzysztofa zawisł portret Ellie, jedyny ocalały.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

22:20, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 marca 2009

Kiedy w 1999 roku, w dawnej Fabryce Koronek na Burakowskiej w Warszawie otworzono Red Onion, był to pierwszy sklep w tym miejscu. Dzisiaj Burakowska i Młocińska to wnętrzarskie zagłębie, a mimo to Red Onion pozostaje jednym z najciekawszych miejsc .

Zaczynali od dalekowschodnich klimatów, mebli i dodatków z Indonezji, antyków z Chin. Obecnie to jedynie część ich oferty. Prócz rzemiosła z afrykańskich i azjatyckich manufaktur znajdziemy tam projekty zachodniego designu, od klasycznych zegarów Nelsona i krzeseł Eamesów, po współczesne projekty z Włoch, Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji. W Red Onion kupimy też naturalne kosmetyki, autorski wybór płyt kompaktowych oraz świetne wydawnictwa (książki kucharskie, z wnętrzami, fotografią i aktualne magazyny z całego świata). Wśród nowych marek dostępnych w Red Onion znalazły się między innymi MAGIS, ALESSI, Design House Stockholm, Anglepoise, Nigella Lawson (Living Kitchen) oraz KitchenAid.

Red Onion, ul. Burakowska 5/7, Warszawa. Otwarte od poniedziałku do soboty w godzinach 11.00 - 20.00, w niedziele 11.00 - 18.00.

10:19, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2009

Geometryczne formy we frankfurckim klubie.

Sabine Mühlbauer i Thomas Tritsch z niemieckiego biura projektowego MORGEN lubią geometryczne formy, które można multiplikować. W swoich poszukiwaniach wychodzą od inspiracji kształtem, by budować wokół niego całą koncepcję wnętrza. Tak było też przypadku ich najnowszej realizacji - lounge'u Cocoon Club we Frankfurcie (nad Menem).

Pentagon stał się lajtmotiwem całej przestrzeni. Głównym elementem są pięciokątne plafony świecące w różnych kolorach, które mają swoje odbicie w postaci siedzisk i stolików o tym samym kształcie.

Znalazło się też miejsce na inne formy, kształty i całą gamę kolorów. Pobrzmiewają klimaty lat 60. i 70., a całość jest niczym wspomnienie o dawnym dansingu.

Nowoczesność, choć nie w wersji hi-tech, odnajdziemy w toaletach, gdzie mocne i czyste kolory ścian kontrastują z podłogą, której zwierzęcy deseń jest wariacją na temat pentagonu.

Projekt pięciokątnych siedzisk, które można ze sobą zestawiać i tworzyć z nich większe (a raczej dłuższe) formy był na tyle udany, że postanowili wprowadzić go na stałe do swojej oferty.

22:08, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009

Klocki od Movisi.

Regał PLAY firmy Movisi nigdy nie będzie za długi ani za krótki, składa się go z klocków. Tylko od nas zależy jak go zbudujemy i w jakim kolorze. Antoine Phelouzat, projektant, stworzył system który nie ma końca a za początek ma sześcioelementowy moduł w sześciu kolorach. Zawsze możemy przebudować regał w małe siedziska albo dokupić ‘'części'' i stworzyć z nich room devider. Let's PLAY.

20:48, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 marca 2009

Trzy siostry, cudowny ptak z Armenii i laserowy ploter.

Kafti założyły nieco ponad rok temu trzy siostry z Pszczyny, Sonia - rocznik '72, Monika - rocznik '74 i najmłodsza Dorota - rocznik '80. Dziewczyny z dizajnem nigdy wcześniej nie były związane, ale twórczy niepokój z każdym rokiem w nich narastał i w połowie 2007 roku podjęły decyzję o stworzeniu własnej firmy dizajnerskiej. Nazwały ją Kafti, zainspirowane ormiańską baśnią o królu, który zbudował piękny pałac, w którym brakowało jedynie cudownego ptaka. Tym miał być właśnie Kafti, czymś co ożywia, dopełnia i inspiruje.


Nasze działania połączyła wspólna pasja, chęć i potrzeba tworzenia, próba odnalezienia własnego sposobu na życie - opowiada Monika Brauntsch. Postanowiłyśmy stworzyć razem firmę, działać w obrębie designu, który zawsze nas pociągał i intrygował.
Na początku myślały o otworzeniu concept storu, sklepu z autorskim wyborem przedmiotów. Nie było takiego miejsca ani w Katowicach ani na całym Śląsku. Biznesowo pomysł wydawał się być dobry, ale brakowało im, jak same określają, elementu twórczego. Dorota, która przez dwa lata mieszkała w Danii i tam napatrzyła się na wiele fajnych sklepów i galerii, zaraziła pozostałe siostry ideą projektowania lamp z polipropylenu. Postanowiły spróbować na początek z jedną, sprawdzić czy ma to szansę chwycić. Okazało się, że projektowanie idzie nam całkiem nieźle a każdy nowy pomysł rodzi kolejny. I tak od lampy do lampy - mówi Monika. Kilka pierwszych miesięcy spędziły na projektowaniu, ale też na wdrażaniu się w świat dizajnu. Rozpracowywały tajniki tworzyw polipropylenowych, uczyły się korzystać z programów do projektowania. Początki nie były dla nich łatwe, nie miały kontaktów, brakowało funduszy. W październiku 2007 roku dostały kredyt z Bielskiego Centrum Przedsiębiorczości za który kupiły laserowy ploter (takie urządzenie do wycinania elementów z polipropylenowych arkuszy). Przez następne kilka miesięcy oswajały urządzenie i przygotowywały prototypy.

 

W maju zeszłego roku wystartowała strona internetowa (www.kafti.com)  były gotowe by pokazać się światu. Ich ulubiony projekt, lampę Alien, wysłały na konkurs Śląska Rzecz (to konkurs organizowany przez Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie, który objawił nie jeden talent i nie jedną piękną rzecz), otrzymały wyróżnienie. Zachęcone sukcesem wysłały Aliena dalej, do Ronda Sztuki do Katowic, na wystawę w Brukseli, na festiwal Designu w Łodzi. W lipcu Instytut Wzornictwa Przemysłowego z Warszawy zaprosił je na Gdynia Design Days, gdzie ich lampy zrobiły prawdziwą furorę. Ludzie docenili produkty, które były nie tylko ciekawe, nie tylko ładne, ale i w cenach na każdą kieszeń (zaczynają się już od 80 złotych). Potem zostały dostrzeżone przez magazyn Elle Decoration, ich lampy zostały nominowane do nagrody Prodeco w kategorii oświetlenie, nie wygrały, ale były pokazywane na wystawie pokonkursowej i w katalogu nagrody. Idąc za ciosem pojechały na Designer's Open Festiwal do Lipska, Niemcy też polubili te lampy. Nawet bardzo. Więc co teraz? - pytam Monikę. Zaczynamy pracę nad nową kolekcją. Chcemy wprowadzić nowe kolory i wzory lamp z polipropylenu, dostajemy mnóstwo sygnałów od ludzi, mówią nam jakie lampy i kolory im się podobają i chcemy wyjść naprzeciw ich sugestiom. Myślimy też o zupełnie nowej kolekcji, z innych materiałów, nie zdradzajmy na razie z jakich.

18:10, aleksander.lesiak , ludzie
Link Komentarze (7) »
piątek, 13 marca 2009

W kręgu włoskiego wzornictwa.

Już w czasach starego adresu, na Senatorskiej, Domum było miejscem wartym odwiedzenia. Z autorskim wyborem przedmiotów i markami, których nie było gdzie indziej. Po przeprowadzce do warszawskiego zagłębia wnętrzarskiego, na Burakowską, rozwinęli skrzydła. Nowa siedziba dała możliwości przygotowania sporej ekspozycji. Konsekwentnie zwrócono się też w stronę włoskiego dizajnu. Dzisiaj Domum ma ugruntowaną pozycję na wnętrzarskiej mapie Warszawy. Trzeba dodać, że zasłużenie.

Szczególnie polecamy włoskie wzornictwo - mówi Anna Olszewska z Domum - W zakresie mebli współpracujemy prawie wyłącznie z włoskimi producentami. W kwestii oświetlenie również, jednak z uwagi na dobro klienta i wnętrza, czasem pozwalamy sobie na małe szaleństwo na przykład z holenderskim ‘'Moooi''.

Oprócz mebli i oświetlenia w Domum znajdziemy ładne drobiazgi, armaturę łazienkową, dywany i muzykę.

Domum Design, ul. Burakowska 4A, Warszawa, http://www.domum.pl/, czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 11.00 - 20.00, w soboty od 11.00 do 17.00, w niedziele od 11.00 do 16.00

23:00, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 marca 2009

Dom

     


Kiedy już postanowili: „ten dom, albo żaden", okazało się, że jest już niemal kupiony. Ktoś już ich uprzedził. Postanowili więc przebić cenę poprzedniego kupca i zaoferowali właścicielowi nie 6 a 7 milionów złotych i dodatkowo 2 miliony za stodołę. Przeliczając na dzisiejsze pieniądze było to jakieś 3 tysiące dolarów, lub, jak kto woli 10 metrów kwadratowych mieszkania w Krakowie. Cena atrakcyjna, ale dom nadawał się jedynie do remontu. Prąd to było kilka żarówek zawieszonych pod sufitem na przewodach, a woda (oczywiście tylko zimna) jeden kurek w sieni. Zabrali się do pracy. Sień zaadaptowali, zamykając przeszklonymi oknami, zmienili instalacje, szukali miejscowych „szpeców": cieśli, zduna, ucząc się raz po raz na własnych błędach. Kiedy naprawili piec, okazało się, że chyba nie do końca właściwie, bo można w nim było spalić dowolną ilość węgla. Przez długi czas uczyli się też robić odpowiednią polepę. Pamiętają tą pierwszą, okazała się za gruba i po kilku tygodniach spękała i zaczęła odpadać. Na początku 90. roku przeprowadzili się, ale remonty ciągną się do dzisiaj. Tak to już chyba musi być ze stuletnimi domami.


W okolicach roku 96. założyli wreszcie przydomową pracownię ceramiczną, chociaż jeszcze przez kilka lat wciąż mieli też drugą, w Krakowie. Teraz do pracy mają dosłownie „dwa kroki". W każdej chwili można zacząć pracę, albo ją przerwać. Czas pracy miesza się u nich przyjemnie z wolnym. Siedzę przy kamiennym stole z młyńskiego koła, z pracowni wychodzi Piotr umorusany białą gliną i mówi: „Zobacz, jakie światło, chodź pojedziemy na wzgórze, pokażę ci świętego Onufrego". Czasem wpadają do nich ludzie, którzy pocztą pantoflową dowiedzieli się o ich ceramice, w weekendy organizują butik na ganku. Żyją bez pośpiechu, rytmem, jaki wyznacza im Lanckorona.


Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

00:50, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 marca 2009

Surrealizm w szarzyźnie Peerelu

      


Pracownia „Na Szlaku" przestała być jedynie pracownią i zaczęła pełnić rolę imprezowni, przechowalni bibuły dla ludzi działających w podziemiu, noclegowni, domu kultury. Imprezy, które wymyślali i organizowali były jak najbardziej spod znaku pomarańczowej alternatywy i odbywały się niemal zawsze „pod hasłem". Kiedyś imieniny robili sobie Markowie i Wojtkowie pod hasłem czarne i białe. Chodziło przede wszystkim o przebranie, choć interpretowano je nieraz bardzo dowolnie. Bywało śmiesznie, kiedy do tramwaju jadącego na Szlak na każdym przystanku wsiadali przebrani ludzie. Na jednym para w stroju krakowskim, na innym ktoś w przebraniu goryla... Przez pracownię przetoczyły się setki osób i do tej pory żyje ona we wspomnieniach i anegdotach. Kiedy znajoma krakuska zapytała mnie o czym piszę i kiedy powiedziałem, że o Piaskowskich, od razu podchwyciła: „Tak, kojarzę ich ze Szlaku, też tam chodziłam, a mała Ostaszewska lepiła swoje koraliki". Nadszedł jednak czas polskiego przełomu, ludzie zakładali rodziny i własne interesy. Staszce i Piotrowi urodziło się pierwsze dziecko, a rok później kupili dom w Lanckoronie.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

00:05, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 marca 2009

Ceramika na Szlaku

 

Przygoda z ceramiką rozpoczęła się dla nich w zamierzchłych latach 80. W pewnej wynajętej pracowni na ulicy Szlak. Pracownia mieściła się w starym domu w oficynie, była tam sień i cztery pokoje wypełnione całą masą dziwnych przedmiotów, staroci, tajemniczych judaików. Po najbliższej okolicy snuło się kilkadziesiąt kotów. Miejscem zawsze zachwycał się, gdy tam zaglądał profesor Zin. I mówił: „Boże, jakie cudowne ochry", mając na myśli kolory wypalanej gliny. Piotr wynajął tą pracownię z przyjaciółmi, kiedy był na trzecim roku architektury. Dozorczynią była pani Królowa, nazywana przez wszystkich Królką, wieloletnia pomocnica plastyczki Stanisławy Piątkowej, wówczas już nieżyjącej właścicielki i założycielki pracowni (od końca lat 40-tych). Tylko ona znała wszystkie tajniki ogromnego pieca ceramicznego, którego odpalenie powodowało drżenie całej kamienicy. Królka miała przy tym niesamowite wyczucie, jeśli chodziło o ceramikę. I to właśnie ona ferowała wyrokami, mówiąc, czy coś jest, czy nie jest „ceramiczne". Przy czym określenie „ceramiczne" odnosiło się do wszystkiego: do proporcji, jakości szkliwienia, formy.

 

Wieść o miejscu, gdzie może przyjść w zasadzie każdy i spróbować swoich sił w ceramice szybko rozeszła się po Krakowie i najbliższej okolicy. „Szlak" stał się rodzajem twórczej przestrzeni, trochę pracowni, trochę komuny, przyciągając ludzi dzielących ceramiczną pasję i niezgodę na wszechobecną szarzyznę. Maja Ostaszewska przychodziła lepić koraliki, Beata Fudalej szkliła małe figurki zwierzątek. A pewnego razu przyszła też Stasia, studentka Form Przemysłowych na krakowskiej ASP. Ze zbytem swojej twórczości nie mieli raczej problemów, trochę oddawali do Galerii Sztuki Polskiej, trochę do powstających wtedy jak grzyby po deszczu małych sklepików „1000 i jeden drobiazgów".

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

13:30, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 marca 2009

Lanckorona

    

Kiedyś wszystkie domy wyglądały tu tak jak ten. Dzisiaj nieremontowane zapadają się w sobie i powoli umierają. Tak jak przed laty toczy się senne życie miasteczka. Życie podwójne. Podzielone pomiędzy tych stąd i tych z miasta. Zaczęło się przed wojną, kiedy Lanckorona stała się modnym kurortem dla krakowskich elit. I dziś mają tu swoje domy, ci, którzy uciekają z Krakowa, niedalekim sąsiadem Stasi i Piotra jest choćby Wojciech Pszoniak.

      

Lanckorona, mimo że odkryta, mająca i schronisko młodzieżowe, kwatery i pensjonaty, pozostaje jednak na uboczu, w cieniu Krakowa. Nawet pobliska Kalwaria Zebrzydowska zdaje się tętnić życiem. Jest za to restauracja „Sielanka", bank, kilka sklepów. I piekarnia, gdzie ręcznie formowane bochenki mają przyjemnie nierówny kształt i gdzie można kupić domową drożdżówkę z rabarbarem.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

09:40, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2009

Dom w Lanckoronie

 

    


Dom w Lanckoronie był tym wymarzonym. Są z pokolenia, któremu wydawało się, że pozostaje tylko marzyć. I przez długi czas tak było. W tych marzeniach o wspólnym domu brali pod uwagę różne lokalizacje. Na całym świecie. Rozmyślali a to o mieszkaniu w starej kamienicy w Krakowie, a to o willi a słonecznej Toskanii, ale pieniędzy nie mieli ani na jedno, ani tym bardziej na to drugie. Lanckorona ciągle gdzieś się przewijała, ale raczej w weekendowych wycieczkach, niż w mieszkaniowych planach. „Ten dzień zapamiętam na zawsze"- wspomina Stasia- „To był marzec, niedziela i taka dziwna mgła w powietrzu, która sprawiała, że wszystko wydawało się mało realne". I wtedy po raz pierwszy zobaczyli ten dom, zaraz przy lanckorońskim rynku, przy Świętokrzyskiej, jak ze starej pocztówki. Następna niedziela, znów mgła w powietrzu i decyzja „chcemy mieć ten dom". To była wczesna wiosna 89. roku. Nadchodził czas zmian...

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Adam Golec / Agencja Gazeta
Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

20:11, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »