Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca
Kategorie: Wszystkie | 20eme | DEUTSCH | Domosfera | ENGLISH | Paryż | ludzie | miejsca | przedmioty | streetart | wydarzenia
RSS
wtorek, 23 grudnia 2008

Dom widać już z daleka, kiedy zjeżdża się w dolinę Wołowca od strony Pętnej i Gładyszowa. Jest duży, trzy drewniane kondygnacje, na kamiennej podmurówce. Wojciech i Joanna Krasuscy od dwóch lat prowadzą tu pensjonat. To jednak wciąż ich dom, który powstał z marzeń o schronisku.

Na parterze jest kuchnia i jadalnia. Kuchnia to terytorium Wojtka, gdzie powstają powidła śliwkowe, pachnące na cały dom ciasta drożdżowe, kolacje i śniadania dla gości. Jadalnia pełni rolę zaplecza socjalnego. Oprócz stołów jest kominek, regał z książkami z wydawnictwa Czarne, które jest naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Na ścianach gliniane anioły i obrazki na szkle. Święty Roch z psem - chroni od zarazy, święty Florian od ognia i święty Sebastian ze strzałami w boku, patron łuczników. Obrazki namalował Wojtek, ale Marchlewski, etnograf, ojciec chrzestny Kasi, starszej córki Krasuskich. Oprócz tego gry towarzyskie, bierki, monopol i telewizor postawiony na podłodze w kącie, pomiędzy sofą a regałem. Pierwsze i drugie piętro to pokoje dla gości, mają swoje nazwy, „różowy", „z kozą", jak w magnackich rezydencjach. W domu widać etnograficzny sznyt, w przedpokoju na pierwszym piętrze stoi malowana skrzynia wianna i stuletnia szafa, w kuchni stary kredens. Ale to tylko stylizacja. Joanna komentuje urządzanie domu krótko: „Tego u nas nie widać, ale można by napisać przewodnik o tym jak wykorzystać przeceny w Ikei". Dom miał być mniejszy, ale ekipa z Podhala, która go budowała, powiedziała krótko: mały, czy duży - taka sama fatyga. Tylko drewna trzeba było więcej. Gromadzenie jodłowych bali trwało kilka lat, akurat tyle, żeby poznać okolicę i trochę się z nią oswoić. Do ekip budowlanych mieli dużo szczęścia, do dzisiaj wspominają Staska, który nożykiem z Gerlacha stępionym do granic możliwości wydziergał rozety i hostię na stropowych belkach i Romka, złotą rączkę, który zawsze wszystko poprawiał, gdy zdarzyło mu się zrobić po swojemu.



Przed wojną w Wołowcu stało 200 domów, to była duża wieś, w większości łemkowska. W 45' część ludności uciekła na Ukrainę, tych którzy zostali przesiedlono rok później w ramach akcji „Wisła". W latach 50., po odwilży, niektórzy wrócili. Do Wołowca osiem rodzin. Teraz mieszka tu Tusk z matką, Remiaszka, która wyszła za juhasa z Podhala, Kosko z ojcem (obydwaj Stefanowie), Piątkowie, Dymitr Dudycz z matką, Momot, którego kobieta jest stąd, Smyjki - matka i córka i Huteriakowie - jedyna rodzina z dziećmi. I tak nie jest źle, są jeszcze przyjezdni. Po sąsiedniej Nieznajowej zostały tylko przydrożne krzyże i zarośnięty cmentarz, po drewnianych domach nie ma śladu, kamień z cerkwi przydał się na budowę obory w Pegeerze. W szkole w Krzywej jeszcze po wojnie uczyło się siedemdziesięcioro dzieci, dzisiaj jest ich tylko dziewięcioro. Jednym z pierwszych przyjezdnych był w Wołowcu kolega Wojtka i Joanny ze studiów na warszawskiej etnografii, Janusz Wójcikowski. Zamieszkał tu w 84' z żoną. Porzucili Warszawę najpierw by zamieszkać w Czarnym, gdzie chcieli prowadzić coś na kształt chatki studenckiej dla etnografów. To były ciężkie czasy, nie tylko w Wołowcu, ale tam dodatkowo trzeba było zmagać się z przyrodą. Ludzie we wsi to widzieli i szanowali ciężką pracę Janusza i Lucyny. Ale kiedy w zimie dzieci nie mogły dojeżdżać do szkoły tygodniami, postanowili wrócić do miasta. Wtedy w Warszawie spotkali Wojtka, którego zaczęli namawiać na kupno ziemi.
Dom w Wołowcu wynajęli Andrzejowi Stasiukowi, na rok, z którego zrobiło się dziesięć lat. Te dwadzieścia kilka lat temu etnografię w Warszawie studiowało po kilkanaście osób, wszyscy trzymali się razem. Teraz jest podobnie. W Wołowcu mieszkają Krasuscy, Monika Sznajderman z Andrzejem Stasiukiem , w Hucie Krępnowskiej Jakub Bułat, w Czarnym Jurek Szczepkowski. W Nowicy Alina Lebiedź i Leszek Wronowski, nazywani wspólnie „Lebiedziami". To wszystko stare znajomości z czasów Szkolnego Ośrodka Socjoterapii na Grochowskiej w Warszawie.
Dzięki pomocy Janusza, a raczej dzięki estymie jaką darzyli go miejscowi, udało się Krasuskim kupić ziemię na Wołowcu, od Stefana Kosko, syna. Miejscowi nie chcieli tu wpuszczać obcych, nazywając ich rolnikami z Marszałkowskiej. Lata przeżyte obok siebie zmieniły i jednych i drugich. Teraz wszyscy spotykają się pod sklepem. W poniedziałki, środy i piątki przyjeżdża sklep z pieczywem, w soboty z warzywami a w piątki z mięsem. Bo do cerkwi chodzi już mało kto. Mimo, że nabożeństwa są co trzy tygodnie, ostatnio znowu było tylko trzy osoby.
To wrastanie w okolicę zabrało im dwanaście lat, kiedy dwa lata temu skończyła się
praca Wojtka, a dom był gotowy, postanowił zostać. Joanna wciąż dzieli czas między Warszawę a Wołowiec, bierze dodatkowe dyżury, łączy urlopy i tym sposobem udaje jej się tam spędzić sto dni w roku.

Wojtek z Joanną studiowali etnografię na Uniwersytecie Warszawskim, na wakacje jeździli w Bieszczady, to był koniec lat 70. Po etnografii mało kto zostawał w zawodzie, koniec studiów był dla wielu końcem marzeń. Wojtek ze strachu przed pracą w urzędzie został wychowawcą w przedszkolu, razem z Joanną. Miało być spokojnie, pięć godzin dziennie i kilkanaścioro dzieci pod opieką. Pracował na okrągło, zajmując się siedemdziesiątką, bo musiał zastępować koleżanki, które były na ciągłych urlopach. Wytrzymał dwa lata. Joanna pracowała krócej, najpierw urodziła się Kasia, potem Hania. Do 88' była na urlopie wychowawczym i wtedy rozpoczęła pracę w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Zajęła się konserwacją ceramiki i sztuki obrzędowej. Wojtek projektował tkaniny na wzór ludowy dla otwockiej spółdzielni, zakładał zespół ludowy w Grudzienku, ręcznie prządł wełnę. - Można było z tego przędzenia wtedy całkiem nieźle żyć - mówi - Utkałem chyba z dwieście kilogramów, tylko że to było śmiertelnie nudne zajęcie. Pracował też w pracowniach konserwacji Muzeum Etnograficznego i Wilanowa, a międzyczasie jeździł do Londynu i dorabiał w knajpach. I tak zastały ich lata 90, „dziwne czasy" - jak je teraz określają. Wojtek w gazecie przeczytał ogłoszenie: „Poszukiwana osoba do zorganizowania włoskiej restauracji", zgłosił się i w ciągu roku udało mu się rozkręcić dobrze prosperującą knajpę. Teraz powiedziałoby się, że sprawdził się w biznesie. Zaczął pracować w wydawnictwach i kompletnie się na tym nie znając został dyrektorem marketingu jednego z nich. Zrobił drugą magisterkę z zarządzania, jako jeden z niewielu etnografów, może pochwalić się dyplomem MBA. To jako pan dyrektor dużego wydawnictwa spotkał Janusza z Wołowca, któremu zaproponował pracę u siebie, nie wiedząc jeszcze jak zmieni to jego życie.

Trzy miesiące temu Wojtek znowu dostał propozycję pracy w Warszawie, w banku, z ogromną pensją i równie dużym samochodem, odmówił. Jego córka, Hanka, skwitowała krótko: „frajer". On woli zostać. - Bo tu życie jest lepsze - mówi. Odnalazł przyjaźnie sprzed trzydziestu lat, ma czas na czytanie książek. Jak ugotuje dobrą zupę, to usłyszy „dziękuję", czego nigdy nie usłyszał w wydawnictwie, choć zarobił dla niego miliony. Ich goście to przyjaciele sprzed lat, czasem osoby z przypadku, dla których przykazanie ze strony internetowej: nie tolerujemy hucznych zabaw jest wystarczającą zachętą. Czasem osoby z drogi, tak jak ja, kiedy przyszedłem tam latem od strony Nieznajomej. Nie było już miejsca, ale nocleg się znalazł i kolacja też. Bo dom powstał z marzeń o schronisku i z etnograficznej ciekawości ludzi.

Text and design: Aleksander Lesiak
Photography: Bruno Fidrych / LESIAK&FIDRYCH

Copyrights (text): Aleksander Lesiak / Copyrights (photos): EAST NEWS

13:07, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 grudnia 2008

Między tradycją a nowoczesnością.

Igrzyska Olimpijskie w Pekinie były okazją nie tylko do śledzenia sportowych zmagań, ale też do odrobienia lekcji z Chin. Dowiadywaliśmy się jak się w Chinach żyje, oglądaliśmy wspaniałe, nowoczesne budowle stworzone specjalnie na Olimpiadę albo przy jej okazji. Ale jak mieszkają zwykli pekińczycy?

Tradycyjną zabudowę Pekinu stanowiły Hutongi, wznoszone na planie kwadratu, z wewnętrznych dziedzińcem. Były zamieszkiwane przez jedną rodzinę, nie miały specjalnych udogodnień, bieżącej wody ani toalet. Standard dodatkowo pogorszył się, kiedy w czasach Mao zaczęto dokwaterowywać nowych mieszkańców. Jeszcze w latach 40. XX wieku w Pekinie było około 7 tysięcy Hutongów, do dzisiaj pozostało jedynie 2 tysiące. Były sukcesywnie wyburzane, ustępując miejsca fabrykom, centrom handlowym, blokom mieszkalnym. Szczególnie dużo zostało zniszczonych w ostatnich latach, ustępując miejsca inwestycjom olimpijskim. Te które ocalały stają się popularne wśród pekińskiej wyższej klasy średniej. Odnowione i dostosowane do wymagań współczesności są tym, czym dla mieszkańców Zachodu lofty.

Jednak większość przeciętnych mieszkańców Pekinu mieszka w blokach. Standard tych mieszkań jest nieraz bardzo niski, niczym szczególnym jest wspólna łazienka na piętrze. Mieszka się skromnie. Luksusem i nowinką jest dywan, firanki i zasłony. Do wielu rzeczy mieszkańcy tych osiedli po prostu nie przywiązują też wagi. Nie ma zwyczaju częstego mycia okien (biorąc pod uwagę zanieczyszczenie, mija się to zresztą z celem), a balkony służą raczej za dodatkowe pomieszczenie gospodarcze.

Bogacący się szybko Chińczycy chcą mieszkać inaczej. Powstają całe nowe zespoły zabudowań apartamentowych. Obowiązuje w nich styl ‘'na bogato''. Takie nowoczesne mieszkanie, ma potwierdzać status właściciela, zainwestowane pieniądze musi być widać. Na chińskim rynku jest już obecnych większość firm sprzedających wyposażenie wnętrz, jakie znamy w Europie, ale Chińczycy mają własne ambicje. Otwierają nowe wydziały projektowania przemysłowego, powstają nowe marki (jak chociażby Layefe). Pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy poznamy nazwiska projektantów i kiedy staną się oni równie popularni co ich koledzy z Zachodu. Bo chińskie produkty już są w naszych domach, za sprawą szwedzkiej Ikei.

           

Więcej o chińskich wnętrzach możecie przeczytać w książkach wydawnictwa Taschen: Living in China (skąd pochodzą zdjęcia Reto Guntli) i China Syle (seria Icons). Książki dostępne są na stronie wydawnictwa, w wybranych księgarniach lub w sieci sklepów Empik.

Tekst dla      

11:45, aleksander.lesiak , Domosfera
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

System regałów OTO 100, zaprojektowany przez Dunkę Pil Bredahl, jest jak rosyjska matrioszka. Po rozłożeniu możemy wsadzić jeden element w drugi.
- Zrobiłam mebel dla nowoczesnego nomada, zainspirowana faktem, że przemieszczamy się i zmieniamy mieszkania częściej, niż kiedykolwiek wcześniej w historii - opisuje swój projekt Pil Bredahl.

12:41, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »

Malafor z Gdańska stworzyła regał z rur PCV. Gotowy prefabrykat został pocięty na równe, trzydziestocentymetrowe odcinki, wyczyszczony, pomalowany natryskowo i spięty w całość. Produkowany jest w dwóch wersjach kolorystycznych, zielono-białym i czarno-białym. Skąd pomysł?
- Na początku był materiał, któremu wystarczyło ‘'tylko'' nadać funkcję, pomalować i
spiąć pasami. To najistotniejszy dla nas etap, kiedy forma zaczyna iść w parze z funkcją
- mówi projektantka, Agata Kulik - Pomorska z Malafor.
Regał można kupić w warszawskim Magazynie Praga, lub na stronie Malafor.

12:37, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »

Lekki i miękki.

Ravi Pankhania mieszka w Vancouver, od 8 lat prowadzi firmę dekoratorską Ravi Design specjalizującą się w tkaninach . Krawiectwem zajął się przez przypadek, w szkole średniej szukał lekcji, które będzie można łatwo zaliczyć. Nie było łatwo, zajęcia wymagały zdobycia wiedzy i cierpliwości, mimo to praca z tkaninami stała się jego wielką pasją.
Ravi projektuje też meble, jego najnowsza realizacja to gąbkowe fotele. Te modułowe siedziska można łączyć ze sobą, łatwo przestawiać. 70 procent użytej do ich produkcji gąbki pochodzi z recyklingu, podobnie zresztą jak wełna z której zrobiony jest pokrowiec. Proste, ładne i funkcjonalne. Ravi zapewnia, że są też bardzo wygodne. Wierzymy na słowo.

10:56, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 grudnia 2008

 

1, 2, 3, 4, 5, 6... 20
Piotr zählt die Zimmer in seinem neuen Haus und hört beim zwanzigsten auf. Der ehemalige Besitzer sagte, dass es vor dem Krieg 36 Zimmer gab, sowie einen Keller und ein Verlies.
„Es fing alles harmlos an. Schon immer wollte ich raus aus der Stadt" - erzählt Piotr. „Als ich noch in einer Computer Firma arbeitete, wollte ich nach Bieszczady umziehen und dort Computerprogramme entwickeln. Ich wechselte einige Male meinen Job, die Zeit lief und ich war immer mehr davon überzeugt, dass ich etwas ändern musste".
Vor fünf Jahren begannen Piotr und Joanna einen Bauernhof in Masuren zu suchen. Sie fanden Masuren anziehender als Bieszczady. Schon nach zwei Wochen waren Sie der Meinung: Jetzt ist es an der Zeit unsere Träume zu erfüllen und etwas Besonderes zu tun. Vier Monate verbrachte Piotr in seinem Auto und besichtigte mehr als vierzig Paläste und Höfe in den Masuren. Zufällig stieß er auf Nakomiady (Eichmedien). Es liegt zwischen Mrągowo (Sensburg), Kętrzyn (Rastenburg) und Ryn (Erhein). „Es war Liebe auf den ersten Blick. Ich wusste, dieser Palast und nichts anderes."
Zuerst kauften sie den Palast mit dem umliegenden Park von der Gemeinde, dann ein Teil des Grundstücks von den Bauern und am Ende den Gutshof. Innerhalb von drei Jahren waren sie Besitzer von zwei tausend Quadratmetern Wohnfläche, einem großen Park mit alten Bäumen und Gutshofgebäude sowie 170 Hektar Grund geworden.

In der ersten Hälfte des 17ten Jahrhunderts
gehörte Eichmedien, so hieß Nakomiady vor dem Krieg, dem preußischen Diplomaten Jan von Hoverbeck. Baron von Hoverbeck war Landsbote des brandenburgischen Kürfürsten Frederik Wilhelm. Für seine Verdienste bekam er das Landgut Eichmedien und, laut der Legende, so viel Grund, wie er an einem Tag mit seinem Pferd umreiten konnte. Dazu erhielt er mehrere Privilegien, wie das Recht eigene Bienenstöcke zu besitzen und das Recht in den nahe liegenden Seen zu fischen.
Der Palast wurde im Jahre 1680 gebaut. Anfang des 17.ten Jahrhunderts wurde er vom italienischen Architekten Josef Piola umgebaut und bekam so sein klassizistisches Aussehen. Die Familie Hoverbeck wohnte hier 136 Jahre lang. Eines Tages, so die Legende, kam ein verletzter Soldat nach Eichmedien. Er wurde dort herzlich empfangen und sorgsam gepflegt. Ganz besonders kümmerte sich eine junge Dame um ihn, die sich in ihn verliebte. Als der Soldat wieder zu Bewusstsein kam, verließ er den Palast ohne ein Wort zu sagen. Die verliebte und schwangere Dame sprang daraufhin aus dem Palastfenster auf die darunter liegende Steintreppe, auf der seitdem die Silhouette eines Herzens erscheint.

 

Die Arbeiten im Palast liefen seit Monaten,
saniert waren jedoch bisher nur die unterirdisch liegenden Teile. Das Verlies stand unter Wasser, die Wände waren nass und von Frost zerfressen. Es gab weder Fenster noch Türen. Der östliche Palastflügel hatte kein Dach. Die Lauben mussten abgerissen und neu gebaut werden. Drei Jahre lang schaffte man Tag für Tag mit zwei Anhängern den Schutt weg. Piotr und Joanna schliefen im Auto. Dazu erlebten sie noch einen „Ansturm" von vielen Bekannten. „Nie zuvor oder danach aß ich so viel gegrillte Wurst" - lacht Piotr.
Um vor dem Palast neuen Rasen anzupflanzen, mussten sie 450 Tonnen Erde auffüllen. Um die Ränder des Teiches zu befestigen, brauchten sie 200 Tonnen Steine. Fünf Jahre lang sah für Piotr und Joanna jedes Wochenende gleich aus. Freitags Nachmittag fuhren sie aus Warschau nach Masuren. Sie prüften, ob alles in Ordnung war, organisierten die Arbeit, machten Pläne für die nächste Woche, und fuhren sonntags zurück. Auf diese Weise pendelten sie ca. 200.000 Kilometer.
Joanna brauchte mehr Zeit, um sich an diese Situation zu gewöhnen. Eines Tages stürzte sie beim Reiten vom Pferd und brach sich ihre linke Hand. Vom Krankenhaus aus rief sie Piotr an und sagte er solle sie nach Hause bringen. „Zum ersten Mal, meinte ich Nakomiady" - sagt Joanna.

Im Jahre 1789
kaufte der preußische Beamte Friedrich Redecker den Palast für 36.000 Taler. Eichmedien gehörte der Familie über 150 Jahre lang.
Nach den napoleonischen Kriegen rettete die Ehe Hermanns von Redecker mit Augusta von Troth den bankrotten Palast, da Augusta über ein großes Vermögen verfügte. In der Familienchronik steht geschrieben: „Unsere Familie bemüht sich Eichmedien zu altem Glanz zu bringen, und jeder macht dies aus großer Liebe zu unserem neuen Wohnsitz".
Anfangs des 20ten Jahrhunderts wurde der Palast ein wenig umgebaut. Eingerichtet wurden unter anderem neue Lauben und ein Seiteneingang - in den 20ger Jahren diente er als Einfahrt für das neu erfundene Auto. Im Jahre 1933 wurde der Palast versteigert. Eberhard von Redecker wurde hiernach zum Verwalter des Landgutes, bis im Jahre 1945 schließlich die Rote Armee Ostpreußen besetzte.
Nach dem Krieg wurde das Landsgut zum PGR (LWG). In dem Palast wurden Büros, Wohnanlagen und ein Kindergarten eingerichtet. Nach einigen Jahren ebbten die Vorbehalte, dass das Gut ohnehin noch als deutscher Besitzt anzusehen ist, ab. Man fühlte sich jedoch auch nicht wie zu Hause. Im Park wurde eine Tankstelle gebaut und im schönen Teich wurden Schlepper gewaschen. Der Palast wurde zur Ruine. In den 80er kam man zu dem Schluss endlich eine Sanierung in Angriff zu nehmen. Jedoch kam die Wende in der DDR dieser Sanierung zuvor und die Pläne wurden rasch wieder fallen gelassen. Alles was noch von Wert war, wurde gestohlen. Die Linden, die das Landgut umrandeten, wurden gefällt um als Heizmaterial verwendet zu werden.


Heute
wohnen Piotr und Joanna in zwei sanierten Räumen. Sorgfältig sammeln sie die alten, wieder gefundenen Elemente der Palastausstattung. Alte Kacheln (ein Teil aus den 17. Jh. und zwei aus den frühen 19. Jh.) fand Piotr auf der Müllkippe. Originelle Türbeschläge überstanden auf den zugemauerten Türen. Ein Stück Balustrade, der als ein Tannenbaumständer diente, kaufte Piotr für 43 Zloty im Dorf auf.
Künftig werden Piotr und Joanna hier dauernd wohnen. Der Palast soll eine touristische Attraktion werden. Nicht als ein Hotel sondern als ein Gästehaus, das die Küche, Tradition und Kultur der Region wiedergibt.
Die alten Besitzer des Palasts stellten Piotr und Joanna die Familienfotografien und - Archive zur Verfügung. Jedes Jahr verbringen die Mitglieder der Familie von Redecker ihre Sommerferien in Nakomiady. Eberhard von Redecker - Ritter der Johanniterorden - feierte dort seinen 95en Geburtstag. Bei dieser Gelegenheit wurde eine Gedenktafel mit seinem Namen auf einer 300 Jahre alten Esche - seinem liebsten Baum, auf welches er als Kind kletterte - eingerichtet.
Piotr und Joanna haben nicht viel Zeit um Bücher zu lesen. Ständige Besucher beim Tischler, Holzschnitzer, Steinmetz, Gespräche mit dem Architekt. Das Leben der Palastbesitzer ist kein Märchen, auch wenn es so aussehen mag, wenn die Beiden mit einem alten Kater auf der Veranda sitzen.

 


Im Jahre 2005 starb Eberhard von Redecker. Nach seinem letzten Willen wurde er in Eichmedien (Nakomiady) begraben. Im Oktober 2006 wurde nach vier Jahren Anlauf im Palast eine Keramikmanufaktur eröffnet, die nun ihre Ware in ganz Polen verkauft.

Copyright (text): Aleksander Lesiak, Copyright (photos 2,3): Magdalena Pacana, www.nakomiady.pl


 

16:57, aleksander.lesiak , DEUTSCH
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 grudnia 2008

Nowy concept store na Mokotowie.

Concept store to taki sklep z pomysłem, z autorskim wyborem asortymentu. Glamstore wymyśliła i do szczęśliwego otwarcia doprowadziła Joanna Szachowska-Tarkowska, czując zapewne twórczy niedosyt Artofwall - ‘'wytwórnią'' samoprzylepnych tapet i naklejek ściennych. W Glamstore, oprócz tego do czego przyzwyczaił nas Artofwall, znajdziemy meble, lampy, gadżety i profesjonalną poradę w zakresie aranżacji wnętrz. W ofercie produkty Kare, Boom, XLDesign, T'S About Romi, Karlsson, Leitmotiv, Wanted, PT, Diamanti, Donkey, Handed by.
Concept Store GLAMSTORE/ARTOFWALL to raj dla wielbicieli niebanalnego designu. Naszą misją jest promowanie dobrego stylu i dzielenie się z Klientami ponad 2-letnim doświadczeniem w oferowaniu kreatywnych i funkcjonalnych rozwiązań dotyczących aranżacji wnętrz - zachęca Ania Gnacy z ‘'Glamu''.

Glamstore, ul. Narbutta 83 (wejście od ul. Łowickiej vis-a-vis nr 42), Warszawa.

Tekst dla    

18:10, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 grudnia 2008

 

Agnieszka Czarnecka is thirty-two years old, has two children, two dogs and one husband. Since the new year, she also has a home in Podkowa Leśna and a space for her Black Gallery. She finished her studies in graphic design and painting at the Warsaw Academy of Fine Arts, but she did not want to become a mediocre artist. She could not completely transform what she had in her mind into art. She is an organizer, the leader of the class, turning over a hundred and five ideas a minute. She searches out, changes and thinks up new ideas, she's an Adam Słodowy in a skirt, though it's difficult to see her wearing a skirt. In Podkowa Leśnia, jeans and boots are more practical.

It's a bit cold in Black Gallery. Agnieszka is wearing a sweater as she sits drinking wine and pricing paintings. The work of a gallery owner involves precisely pricing artwork, describing it, writing notes, e-mails and receiving potential clients. An exhibit opens once every six weeks. This is the second version of „Black Gallery", better and improved, and finally with its own space: Marszałkowska Street no. 4, app. no. 3. The place is a big apartment, entirely white, on the second floor of the Ostrowski building, built in 1906, the second building that was constructed on the mokotowskie circle, today known as the Circle of Unia Lubelska. Before she settled into this place on Marszałkowska Street, she looked at dozens of other apartments offered by the city, usually they were ruined and no one wanted them. The better ones usually ended up as parliamentarian offices. She took part in several tender competitions, each of which she lost one after the other. The women in the municipal offices started to recognize her and would tell her: "Ms. Agnieszka, you must have luck with love because you definitely aren't lucky in life". She tried to convince the city authorities that opening a gallery is a better option than a meat shops or a brothel, but with little success. Art, especially modern art, is rarely understood. Eight months passed, summer came and everyone left the city; her offer for an apartment was finally accepted. The place was a ruin. Divided by strange separation walls that were stuffed with the People's Tribune dating back to the martial law period. After peeling off several layers of paint, the pre-war layers began to show. The apartment had a fantastic color scheme: pear green, salmon orange, olive green in one room, in another aquamarine. And the stucco art was equally bizarre, with a fish motif, acanthus leaves, green-peas, and occasionally shells. The former resident must have aspired to for royal residence because this kind of decoration was rare in center city. Agnieszka hired a conservationist who restored some of the stucco. The rest she separated with a white line. White walls are a space in which artists can freely intervene. White walls don't compete with art. She polished the old floors. The carpenter broke down when he saw the effect: the floorboards were damaged and according to him, of no use. But Agnieszka decided to leave them because she did not have the money to cover a new floor and because she had a sentimental attachment to creaking floors. She painted the floor with white paint used on ships and resistant to scratching and putting out of cigarettes during art shows. In one of the rooms she completely removed the plaster from the ceiling, leaving a raw, cement ceiling with a drawing of the wooden frame. Combined with the two hundred year old chandelier, it makes a striking impression. The whiteness of the gallery played off well with the first exhibit she organized. „Two years in the clouds" with work from Dorota Buczkowska about Swedish explorers lost in the arctic. She hung up a white hammock between the white walls: a cocoon, Buczkowska attached a climatic map and photographs of winter emptiness: the images from photographs found on the bodies of the explorers who froze to death were recreated on canvas.

 

Agnieszka spent her whole life in center city, with the exception of a short period in Ursynów. The closed communities and shops with children's clothing did not suit her. For her, Ursynów is a strange neighborhood, a place where she once spent time drinking beer with friends, but not a place to live. She returned to her apartment on Avenue Jerozolimskie in the center of Warsaw with an escort agency opposite her building. Then there came a day, when she said to herself: I'm a country girl and I should go back to the country. She changed her 85 square meter apartment into a 200 square meter house with a garden and a view of a horse stable outside the window. But a run-down shack of wooden planks also didn't suit her. So she chose Podkowa Leśna, a calm town just outside of Warsaw, with gardens, pre-war architecture and an unforgettable atmosphere. "If I don't have to go to Warsaw", she says, "I stay at home, feed my family and I fight with my husband". She finally has a house with a place for everyone, the kids go out into the garden and when they want to come back in, they knock on the window. She wanted to move into the house before Christmas so she was running around with a screw driver until four in the morning to make it in time. She was involved in the preparation of the house to such a degree that the construction companies wanted to hire her afterwards. She likes to find objects. She found a cabinet on the Internet. For the price that she paid, she didn't expect miracles, but when the cabinet arrived, she was surprised by its good condition and fine encrusted carvings of fruit which she discovered on the inside of the cabinet doors. She ordered a big table in the dining room to be made out of planks from an old stable cut into thin sections. The chairs, though, are white and modern, in a sort of Jacobin style bought at an affordable price. „I just don't want too much of a grandma feel". To create contrast, she upholstered old couches with modern fabric.

 

The stripes on the walls are her latest leitmotif. When she likes something, she goes all out. She began with modern black and white stripes in the dining room, then the khaki colored ones in the bedroom, and the colorful ones in the children's rooms. She was happy that the stripes marked an end to her fixation with cow patches, which she was promoting several seasons earlier. The remains of that period are two armchairs with a cow patch design, bought in Zanzibar for four dollars each. She wouldn't walk away without them but once bought she didn't know what to do with them. She ultimately sent them by post, packed up into big balls. She bought the house ready so she couldn't organize everything in her style. The parts that she really liked were the big windows and the sliding doors between the living room and the office. She united it with white. She lightened up the floors with oil and painted the walls white. It was supposed to look like a white page on which she now develops her interior design ideas.

Text and design: Aleksander Lesiak
Photography: Bruno Fidrych / LESIAK&FIDRYCH

Copyrights (text): Aleksander Lesiak / Copyrights (photos): EAST NEWS

15:59, aleksander.lesiak , ENGLISH
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 grudnia 2008
Między Kętrzynem a Rynem, w Nakomiadach, z dala od głównych mazurskich szlaków, stoi trzystuletni pałac. To na potrzeby jego budowy, w 1704 roku powstała manufaktura. Od kilku lat, za sprawą nowych właścicieli, znów działa.

 

Historia pałacu w Nakomiadach rozpoczyna się w połowie XVII wieku, kiedy dobra Eichmedien (dawna nazwa Nakomiad) zostały nadane pruskiemu dyplomacie Janowi von Hoverbeckowi. W 1680 roku ukończono budowę pałacu. Obecny, klasycystyczny kształt uzyskał on jednak dopiero po przebudowie rozpoczętej w 1705 roku, przez znanego warszawskiego architekta włoskiego pochodzenia, Józefa Piolę. Rok wcześniej powstała manufaktura ceramiczna, która z miejscowych pokładów gliny wyrabiała i wypalała cegły.
Pałac należał do Hoverbecków przez 136 lat, do roku 1789, kiedy za 36 tysięcy talarów został kupiony przez pruskiego urzędnika Friedricha Redeckera. Kolejne 150 lat, w czasie których Eichmedien należało do Redeckerów, to na przemian okresy prosperity i upadku. Ostatecznie w 1932 roku pałac został zlicytowany, a zarządcą majątku został jego ostatni właściciel Eberhard von Redecker.
Po wojnie Nakomiady były siedzibą pegeeru, w pałacu urządzono biura, mieszkania i świetlicę, w zabytkowym parku zbudowano stację benzynową. Po zmianach ustrojowych w Polsce i upadku pegeeru pałac popadł w kompletną ruinę. Kiedy wydawało się, że nic go już nie uratuje, został kupiony przez Piotra Ciszka.
Piotr razem ze swoją żoną, Joanną, od 10 lat remontują pałac. I tak jak trzysta lat temu, na potrzeby odbudowy i renowacji uruchomili manufakturę ceramiczną.


Nigdzie nie mogli znaleźć odpowiednich pieców kaflowych, nie było też nikogo, kto na podstawie archiwalnych fotografii, potrafiłby je odtworzyć. Postanowili więc zrobić je dla siebie sami. Pałacowa Manufaktura w Nakomiadach zajmuje się przede wszystkim wyrobem historycznych pieców kaflowych z terenu dawnych Prus Książęcych. To tak zwane piece gdańskie. Duże, ręcznie zdobione, z motywami nawiązującymi do modnych niegdyś holenderskich fajansów. Każdy element tych pieców powstaje na miejscu, w Nakomiadach. Tutaj przygotowuje są formy, tutaj też są odlewane, zdobione i wypalane. Ręczne zdobienia sprawiają, że każdy element jest wyjątkowy, widać na nich pojedyncze pociągnięcia pędzla.
Manufaktura przygotowuje także miniaturowe piecyki, kafelki ścienne i portale kominkowe. Produkty z nakomiadzkiej manufaktury dostępne są w DAV Import (Warszawa, ul. Bartycka 175 lok. 4), Impresji (Piaseczno, ul. Kruczkowskiego 8a), Scenerii (Gdańsk, ul. Długa 22/27) oraz na stronie manufaktury (www.nakomiady.pl).

Tekst dla    

17:46, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »