Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca
Kategorie: Wszystkie | 20eme | DEUTSCH | Domosfera | ENGLISH | Paryż | ludzie | miejsca | przedmioty | streetart | wydarzenia
RSS
niedziela, 15 kwietnia 2012

Na rogu ulicy Guya Môqueta (bohatera komunistycznego ruchu oporu z czasów II wojny światowej) i ulicy Kapitana Lagache'a (lotnika i bohatera I wojny światowej) francuska kampania prezydencka nabrała rumieńców. Bo przecież oprócz tego, że można być za, można być też przeciw.

Marine i Marie na rodzinnym portrecie.

sobota, 14 kwietnia 2012

Basen admiralicji nie jest ośrodkiem sportowym francuskiej marynarki wojennej. Kwestia nazwy pozostaje zatem zagadką do rozwiązania. Budynek ma siedem pięter i 78 mieszkań, projekt złożono do realizacji w 1916 roku, ale budowa rozpoczęła się dopiero po sześciu latach. Ukończony w 1927 roku ma formę nowoczesnej modernistycznej kamienicy, jednak daleko mu od klasycznych realizacji z tamtego okresu, Le Corbusiera dla przykładu. Architekt Henryk Sauvage był bowiem protagonistą Art novueau i choć już w 1909 roku ogłosił jej śmierć, szybko odnalazł się w Art deco. I to właśnie te echa można odszukać w jego modernistycznych realizacjach.

Na uwagę zasługuje lekki betonowy daszek nad wejściem i kwadratowe świetliki w dachu nad niecką. Swoje najlepsze lata basen ma za sobą, stan sanitariatów pozostawia wiele do życzenia, ale indywidualne szatnie z niebieskimi drzwiami na dwóch piętrach, pełna dyskretnej elegancji betonowa konstrukcji wciąż może budzić zachyt. W 1991 roku budynek został wpisany na listę monumentów historycznych a w 2005 roku gruntowny remont przeszła elewacja, wykonany pod kierunkiem Gabora Mester de Paradj. Był też scenografią w filmie "Amelia", ale w jakiej scenie? Może ktoś z was pamięta?

Piscine des Amiraux, 6 rue Hermann-Lachapelle, Paris 18e

piątek, 09 marca 2012

Wally jest Brytyjczykiem i ma 25 lat. Urodził się w 87' roku ale nie wiadomo kiedy dokładnie. Matka nieznana. Ojciec Martin Handford. Niby zawsze próbuje wtopić się w tłum, ale tak naprawdę jest hipsterem, którego naśladują inni. We Francji znany jako Charlie.

Spotkałem go przypadkiem na rue Yvone le Tac, ale gdzie dokładnie? Where's Wally? 

Where's Wally, findwally.co.uk 

11:02, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2012

"Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła, aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj." Bruno Schulz - Sklepy cynamonowe

Na specjalną prośbę SIGNE2, zdjęcie wnętrza zielarni przy rue d'Amsterdam... 

piątek, 02 marca 2012

Pamiętacie opisy sklepów cynamonowych Brunona Schulza? Egzotyczne towary, dziwne ich nazwy, utopione w mroku wnętrza z ciemnymi boazeriami. Więc w tym paryskim "herbapolu" na ulicy Amsterdamskiej tak właśnie jest, może nawet jest bardziej, bo to ostatnie takie miejsce które znam w tej dzielnicy. 

 

 

Herboristerie de la Place Clichy, 87 rue d'Amsterdam, Paris 9e

czwartek, 23 lutego 2012

Kobieta-Ryba, Ryba-Kobieta... Podobno wrażliwa, niezdecydowana i nieodgadniona. Tak mówią gwiazdy. Kim jest? Może Syreną, która zbłądziła w okolice Pigalle. Może ktoś z Was zna jej spojrzenie?

Rue Duperré/ Rue de Douai, Paris 9e

poniedziałek, 20 lutego 2012

Tak miło obudzić się po bezsennej nocy w Belleville i znów widzieć te wszystkie znajome miejsca. 

Jedna bezsenna noc w Belleville warta jest więcej niż rok snu... To fakt.

1 rue Liban, Paris 20e 

piątek, 17 lutego 2012

 

To film o emigracji wewnętrznej, o zapominaniu i pułapkach pamięci, historia intymna zawieszona między jawą a snem. To rzecz o wspomnieniach, które wypełniają pustkę. O umieraniu przedmiotów i sekretnym życiu miejsc. O wszystkim co jest pomiędzy wczoraj a dziś, tutaj i tam. Myślę krótkimi formami, a może to jakiś wewnętrzny niepokój nie pozwala mi snuć opowieści. Ten film jest więc jak babie lato, w powietrzu unoszą się porwane przez wiatr i czas pajęcze nici. Ten projekt powstał z wyjątkowego spotkania, z przyjaźni, ze zrozumienia, z próby spojrzenia na swoją sytuację jak na historię kogoś mijanego w tłumie. Więc choć to moja twarz i mój głos, w filmie jest to już ktoś inny, wyjęty z dosłowności miejsca i czasu. Ktoś naprzeciw kogo siadamy w metrze zastanawiając się kim jest. 

ET MAINTENANT JE SUIS D"ICI

czwartek, 16 lutego 2012

"Here comes the sun" to oczywiście piosenka The Beatles. Napisał ją, a potem także zaśpiewał George Harrison w 1969 roku. Wydana została na albumie "Abbey Road" z tego samego roku. Poniekąd kultowa, należy do najczęściej pobieranych piosenek The Beatles w serwisie iTunes.

Piosenkę śpiewało jeszcze dwudziestu jeden piosenkarzy, ale najładniesza, subtelna i pełna czaru jest wersja Niny Simone, z 1971 roku.

I te słowa, jak znalazł na ten czas: "Here comes the sun (...) Little darling, it's been a long cold winter (...) I feel that ice is slowly melting (...).

5 rue Biot, Paris 17e

23:00, aleksander.lesiak , streetart
Link Dodaj komentarz »

Bo czasem sztuka dzieje się przez przypadek...

165 rue de Rennes, Paris 6e

02:07, aleksander.lesiak , Paryż
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 lutego 2012

Na murze garażu Speedy pojawili się znienacka, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak. I tylko na pięć dni. Komuś ich obecność i fotograficzna ciekawość najwyraźniej przeszkadzała. 

 

Kolorowe vlepy na murach są w Paryżu bardzo popularne, wyznaczają styl tutejszego streetartu, tak jak w Warszawie szablony i autobusowe vlepki.

 

Francusko-austriacki duet artystyczny JANA&JS znany jest ze swoich outdoorów, ale na koncie mają też klasyczne projekty galeryjne.

Więcej o JANA&JS na ich stronie: www.janaundjs.com

20:52, aleksander.lesiak , streetart
Link Dodaj komentarz »

Ładne. A do tego takie życiowe i społecznie zaangażowane. 

Gdybyście w poszukiwaniu męskości przemierzali Montmartre, to jej szablonowe wydanie sygnowane "Miss.Tie" znajdziecie pod numerem 44 rue Lepic.

sobota, 11 lutego 2012

Wyprzedaże dobiegają końca, ostatnie sztuki wiszą smętnie na wieszakach jak nieżywe kurczaki w sklepie mięsnym, entuzjazm sprzedawców nie słabnie...

W związku z powyższym. Wierzę na słowo. Ale czy istnieje jednak możliwość refundacji? NFZ? Assurance Maladie? Czy tylko ubezpieczenie prywatne?

ba&sh, 1 rue des Abbesses, 78018 Paris 

 

18:17, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2012

 

Sześciesiąt dwa tysiące zobowiązuje. Powracam więc z nowymi historiami. Zmienił się widok z okna, zmienił się kod pocztowy. Ale znów będzie o Paryżu, o rzeczach ulotnych. Zapraszam.

Tagi: Paryż
01:05, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lipca 2010

Ma na imię Antoine. Tak jak Antoine de Paris - Antoni Cierplikowski, słynny francuski fryzjer polskiego pochodzenia, który jako pierszy zaproponował krótkie kobiece fryzury dla Coco Chanel. Na lokal przy numerze 145 rue St. Honoré wpadł przepadkiem. Całkiem dosłownie. Wywrócił się na swoim skuterze na wprost drzwi do swojego przeszłego salonu. To był 1997 rok...

 


To miejsce ma swój własny, jak mówią Francuzi, «esprit». Parter urządzony jest stylu POP ze świeżą i nowoczesną kombinacją wściekłego różu, fioletu i trawiastej zieleni. Do tego niepokojące czarne blaty przy lustrach. Podświetlane panele z pleksi na ścianach  w połączeniu ze stylowymi fotelami fryzjerskimi z lat 50. tworzą wyjątkowy i zaskakujący klimat. Nieco nawet psychodeliczny, trochę jak Burtonowskiej «Alicji w Krainie Czarów». Kręcone schody w głębi, prowadzą na pierwsze piętro z przestrzenią pełną intymności i uroku.

 

 

Ogromne półokrągłe okno wpuszcza do środka całe światło ulicy, ale wysokość pierwszego piętra sprawia, że na przechodniów spoglądamy z góry, bez obawy że ich ciekawski wzrok będzie nas śledził w trakcie fryzjerskich zabiegów. Kolory pięterka nie znają kompromisu. Krwista czerwień w parze z intensywnym fioletem, który w świetle zachodu słońca staje się amarantem. Co powiedzieć o kominku, doprawdy nie wiem. W założeniu Antoina jego czerń miała był kroplą japońskiego minimalizmu w wersji Mangha. Stał się raczej obiektem nierealnym, tym bardziej intrygującym im bardziej bezużytecznym.

 

 

Ale najwspanialsze są fotele. Trzy na górze i dwa na dole. Jedno z nich było przezentem od ojca, inne Antoine kupił od kolekcjonera za 1500 euro sztuka. Kiedyś, w latach 50., fotele jak te były w prawie każdym zakładzie fryzjerskim. Miały miękkie formy i silne kolory, przypominały kwiaty. Drobne wypustki na tapicerce są z kolei obietnicą zmysłowych doznań... Są też wspomnieniem «sweet fifties», użytym zresztą przez francuskiego reżysera Patrica Leconca w scenografii filmu «Mąż fryzjerki» z 1990 roku z Jeanem Rochefortem i Anną Galieną w rolach głównych, uważanym przez wielu za jedną z najpiękniejszych historii miłosnych w historii kina. Na marginesie mówiąc bohater grany przez Rocheforta też miał na imię Antoine. Jest też mała kuchenka, gdzie przygotowuje się kawę i kolory do farbowania włosów. Do zrobienia kawy potrzebny jest jeden słoik i ekspres, ale kolory pochodzą z setki różnych tubek. Żeby coś przyrządzić w tej dziwnej kuchni Antoine nie bierze kurczaka, marchewek i ziemniaków. W zamian wyciska tubkę 66/45 (intensywna czerwień) albo 9/11 (bardzo jasny blond). Teraźniejszość i przeszłość, imię Antoine, które dla francuskiego fryzjerstwa znaczy więcej niż Jean Luis David i Jean Biguine razem wzięci, połączenie stylu Magha i POP oraz wybuchowy miks kolorów sprawia, że jest to miejsce wyjątkowe. Wyjątkowe dzięki wnętrzu (tak różnemu od sieciowych salonów) i osobowości swojego właściciela.

 

Tekst dla rosyjskiego magazynu Hair & Beauty.

wtorek, 18 maja 2010

fot. Alona Martier

In this room we have spent long hours. Talking, eating, laughing, drinking. Light and joyful evenings and unbearable hard mornings that follow. This room (or actually this kitchen) was a kind of unique cosmology, where everything had suitable place. Ashtray on shelf above my head, medium glasses for red wine the second cabinet down and just on the right calendar with naked men, erotic fantasies from the 70’s. Some of these objects were like memories of people who lived there before. Postcards, books and my favorite pierced mug. Tangible proof of existing life before. The view from window was a diferent thing, leading its own life dependent on seasons and day changes. Mute witness belonging to the room but not to us.

www.passagedudesir.eu

niedziela, 16 maja 2010

Spędziliśmy w tym pokoju długie godziny. Rozmawiając, jedząc, śmiejąc się, pijąc. Lekkie, radosne wieczory i nieznośnie ciężkie poranki następujące po nich. Ten pokój (a w zasadzie kuchnia) był wyjątkową kosmogonią, gdzie wszystko miało swoje miejsce. Popielniczka na półce nad moją głową, kieliszki do czerwonego wina w dolnej szafce a zaraz po prawej kalendarz z nagimi facetami, erotyczne fantazje z lat 70. Niektóre z tych przedmiotów były jak wspomnienie o ludziach, którzy żyli tam przedtem. Pocztówki, książki i mój ulubiony kubek z koluszkiem jak pircing. Namacalne dowody życia toczącego się przed nami. Widok z okna był czymś innym, prowadził własną egzystencję zależną od pór roku i dni. Niemy świadek czasu przynależny do miejsca, ale nie do nas.


www.lepassagedudesir.eu

sobota, 13 marca 2010

Tamaso ma dżjotir gamaja

(Z ciemności prowadź mnie do światła)

 



Herzog zadaje proste pytania. Herzog otrzymuje proste odpowiedzi. W tych na pozór oczywistych sprawach, których śladem podąża, chce odkryć tajemnicę. My na razie nie.

Najpierw pokazuje kolorowe obrazki, takich jakich setki widzimy codziennie w telewizji i gazetach. To żadne działania symboliczne. Barwne ilustracje. Potem spotkania z ludźmi. Do jego opowieści wkrada się, lekka jak nić, narracja. Historia o drodze. Wychwytuje pojedyncze gesty, objaśnia ustami swych rozmówców. Gdy jesteśmy z nim przy mandali, i kiedy wydaje nam się że możemy zrozumieć czynności, gesty i ich znaczenie (bo czytelny jest język prostych metafor), wysyła nas z powrotem do Europy. I zdajemy sobie sprawę, że zrozumienie rytuału, nie uczyni go naszym. Herzog prowadzi nas do momentu, w którym odległe buddyjskie „działania rytualno – symboliczne”, egzotyczne na powierzchni, w środku stają się bliskie. Bo teraz już chcemy odkryć tę tajemnicę, o której nam opowiedział.


Werner Herzog, Rad Der Zeit / Wheel Of Time, 2003



wtorek, 09 marca 2010

 

Maya Humo czternasty raz zmienia pracę. Nawet artystka musi płacić czynsz, nawet wtedy gdy jej artystyczna działalność nie przynosi żadnego zupełnie dochodu. Wszystkie te prace dla zarobku traktuje lekko a jednocześnie śmiertelnie poważnie. Żeby przetrwać surrealizm pracowniczej rzeczywistości wyobraża sobie, że występuje w filmie. Zapełnia ją swoimi małymi performansami, cygańskim tańcem, przemowami w wymyślonych językach. Pracodawcom brakuje jednak zrozumienia i poczucia humoru. Jej nieznośna lekkość bytu napotyka na mur realiów.

 

Reel 2009 - Nenufarine - from Maya Humo on Vimeo

 

Subkulturowo jest chyba „arty”, chociaż nie ubiera się u Viktora and Rolfa, Bernarda Wilhelma ani w Comme des garçons. Ma za to kolczyki z kapsli po piwie, zakłada trzy swetry, bo przez dziesięć miesięcy w roku marznie. Czas upływa jej ostatnio na rozmyślaniu kim jest. Dizajnerką wizualną, performerką, ilustratorką czy twórczynią wideo. I czy dobrze zrobiła porzucając Madryt i wracając po dziesięciu latach do Paryża. W między czasie zmienia po raz sto piąty tożsamość na Facebuku. Jest teraz Anną Gredzinski, wirtualnie emigruje do Warszawy i co rusz powtarza mi po polsku: „Nie płacz kiedy odjadę”.


Maya Humo, www.nenufarine.com

piątek, 18 grudnia 2009

Niektóre zwyczaje poszły już w zapomnienie, inne - tak jak kulinarne przepisy odtwarzane z pamięci przez Zalipianki niczym pacierz, trwają niezmienione.

Boże Narodzenie kończy rok, jest czasem odpoczynku, dawniej także względnego dostatku, o który na co dzień było trudno.

W Wigilię sam gospodarz idzie do lasu po drzewko, wybiera wysokie i równo rozrośnięte.

Przed wojną w niektórych domach na drzewkach połyskiwały już bańki i "miejskie" świecidełka, w innych wciąż wieszano podłaźniczki. Obowiązkowym elementem dekoracji był snopek zboża, stawiany w kącie izby i nazywany "pastuchem", lub "pasterzem", od pasterzy nawiedzających stajenkę.

Wigilijny stół stawał na środku izby, nakryty odświętnym obrusem, a następnie przewiązany słomianymi powrósełkami zaplecionymi ze słomy. Po kolacji dzieci wybiegały z nimi przed dom i obwiązywały nim jabłonie, grusze, śliwy, krzycząc: "Darujcie, nie rąbcie, będę rodziła, proszę za nią, jak za Panią, darujcie!", co miało zagwarantować urodzaj w następnym roku. Z dawną magią płodności wiąże się też obyczaj, który w wielu domach przetrwał do dziś - pod stołem układa się sporą wiązkę siana (później zjada ją bydło), i rozsypuje na stole ziarno (po wieczerzy daje się je domowemu ptactwu).Wraz z pierwszą gwiazdką i odmówionym pacierzem rozpoczyna się wigilijna wieczerza. Są życzenia, łamanie się opłatkiem, a na stole obowiązkowe wolne nakrycie dla zbłąkanego wędrowca.Pierwszy wjeżdża na stół czerwony barszcz na zakwasie, następnie ryba, zazwyczaj śledź, potem drobne mączne paluszki obsypywane makiem, kapusta z grzybami, okraszone cebulą ziemniaki, kasza ze śliwkami i wypieki, bo makowca i drożdżówki zabraknąć na stole nie mogło i nie może!

Czas do północy upływa na opowieściach, przypominaniu rodzinnych historii i śpiewaniu kolęd. Na Pasterkę idą wszyscy, bez względu na wiek. Dawniej drogę oświetlano sobie płonącymi świecami; teraz niestety nikt już sobie nie oświetla drogi w ten sposób...

Pierwszy dzień Świąt służy odpoczynkowi. Je się to co pozostało z Wigilii. Niegdyś źle widziane były wizyty.

Za to w św. Szczepana, czyli w drugi dzień Bożego Narodzenia, już od rana dużo się działo. Zimowe pola pokrywała łuna od palonych "na dobre urodzaje" "pastuchów". Od domu do domu chodzili kolędnicy z "Turoniem", gwiazdą, szopką, przebrani za Heroda, jego marszałka i żołnierzy. Dawniej w ostatnim domu zostawali na dłużej. Przychodziły tam panny na wydaniu, grała kapela z bębnem, basami, i dwojgiem skrzypiec. Kapeli dawało się tak zwane przodki, czyli płaciło "z góry" za 15 lub 30 minut grania. Przy skocznych polkach, oberkach, mazurkach i krakowiakach i piwie, zabawa trwała do białego rana...

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak Zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

piątek, 13 listopada 2009

Na topie - tak jak w modzie ubraniowej - są desenie i kolory "zwierząt północy": ciemne i jasne brązy, szarości, rudości, wszelkie pręgi, czasem drobne cętki. W zapomnienie odeszły natomiast lamparty, gepardy, tygrysy, a także krowy, które są absolutnie passé!

 

Nowe, zupełnie nowe...

Moda na ekologię trwa, więc sztuczne futra są w ofensywie. Producenci potrafią tworzyć materiały doskonale naśladujące sierść - niemal nie do odróżnienia w dotyku. Wszystko to za sprawą naturalnych domieszek (sztuczne włókna przetyka się jedwabnymi nitkami). Puszyste sztuczności zakradły się do mieszkań tylnymi drzwiami - najpierw w formie żartów - obrośniętych futerkiem wazonów i lamp. Potem na materiałach obiciowych zaczęły się panoszyć zebry, tygrysy i lamparty.

Masowe pojawienie się sztucznych futer wysokiej jakości nie spowodowało zupełnego odwrotu od naturalnych. Serwuje się je jednak całkiem inaczej - już nie "na surowo" jako wyprawione skóry rzucone przy łóżku albo powieszone na ścianie, ale "przetworzone". Są więc obcinane, zszywane, a potem obszywane i podszywane materiałem. A co z baranicą? Jedyna modna to w takim kolorze, w jakim barana w życiu byśmy nie zobaczyli, może być fiolet, róż, ewentualnie niebieski, czerwony lub trawiasta zieleń. Baranica "naturel" dopuszczalna jest jedynie jako celowa, jawna i niepodważalna prowokacja.

Co z futra

Na rynku dostępne są głównie sympatyczne futrzaste gadżety: termofory, ocieplacze i inne drobiazgi. Są w całości z futra lub jedynie nim wykończone. Głównym zastosowaniem futer (na razie) pozostają różnego rodzaju poduchy, poduszki, narzuty i kapy. Koniecznie muszą być łączone z innymi materiałami. Świetnie będą wyglądać z połyskliwymi jedwabiami, naturalnymi lnami, surowymi wełnami i filcami, które będą stroną spodnią albo węższą lub szerszą bordiurą. I to właśnie użyty komponent determinuje, do jakiego wnętrza będą się najlepiej nadawać.

Na pewno futro z jedwabiem to mariaż bardzo wyrafinowany, w guście włoskich kreatorów mody. Połączenie z lnem natomiast wprowadza klimat domku myśliwskiego. Na fali tej mody do łask wracają nawet pędzle do golenia (Tylko z borsuka!).

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak Zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

12:28, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 września 2009

Poprzednie mieszkanie Anki i Oktawiana, przy alei Solidarności w Warszawie, było „low-budget” – jak je określają. Nie mieli pieniędzy na wnętrzarskie szaleństwa, ani wystarczająco dużo konsekwencji w sobie, żeby zaprowadzić jakiś jeden styl. Było rozkosznie kolorowe, pełne przypadkowych przedmiotów, takich jak stojak na płyty w formie Aborygena. Nowe mieszkanie miało być inne. Nowoczesny styl i spójna forma.

 

Na to przy Grochowskiej, na warszawskim Kamionku, trafili dzięki koledze Oktawiana, który już tam mieszkał. 143 metry kwadratowe na ostatnim piętrze apartamentowca i 123 metrowy taras zrobiły na nich wrażenie, ale tym co ich przekonało był nie tyle metraż, co widok na Park Skaryszewski, Wisłę i fantastyczną panoramę śródmieścia. Anka, która skończyła wzornictwo przemysłowe na ASP, chciała zaprojektować wszystko sama. Zaczęło się od kafli do łazienki, w kolorach czekolady, kawy z mlekiem, wanilii i nietypowym kształcie, odwołującym się do wzorów z lat 60. I tak już poszło. Najpierw ich wyobraźnią zawładnęły łagodne linie, ergonomiczne kształty i przyjazne materiały. Potem były barwy, złamana kolorystyka żółci, czerwieni, brązów i zieleni. Wszystko to mieli w głowie, zwłaszcza Anka, która potrafiła to sobie wyobrazić, bez rysunków i planów. Ale urządzanie mieszkania, to też cała masa konkretnych rozwiązań technicznych, rozplanowanie układu pomieszczeń, oświetlenia, wybór wykonawców. Postanowili skorzystać z pomocy architekta i do współpracy zaprosili Bartka Hryniewickiego. Spodobało im się to, że uważnie ich słuchał, brał pod uwagę ich pomysły i sugestie. Przy tym w rozmowach z ekipami budowlanymi nigdy nie zgadzał się na żadne „to się nie da tak zrobić”. To jego pomysłem było pozostawienie otwartej kuchni z „wyspą”, Anka z Oktawianem początkowo nie byli do tego przekonani uważając, że może wyjść mało przytulnie. Teraz widzą, że dzielenie przestrzeni nie miałoby sensu. Architekt miał skłonności do minimalizmu, więc kwestie mebli i dodatków pozostawili już sobie. Generalny „look” tego mieszkania sprawia, że mamy wrażenie, że to wszystko zinterpretowane na nowo lata 60, może przez obłe kształty, może przez rzucające się w oczy grochy na tkaninach. Jednak tak naprawdę to małe muzeum światowego designu od lat 40. i 50. poprzez 60. aż do 70. Anka kocha te projekty, nie widzi w nich przedmiotów czy mebli, ale nazwiska, biogramy, historię wzornictwa. Jednym z pierwszych gadżetów jaki zawisł, w zbyt prostej ich zdaniem kuchni, był fantazyjny zegar ścienny, projekt z 1948 roku. To jeden z dwustu zegarów Georga Nelsona, nazywanego ojcem amerykańskiego modernizmu. Wiele takich designerskich evergreenów jest wciąż produkowanych. Tak jak krzesła, które mają w jadalni. To z kolei projekt Raya i Charlesa Eamesów z 1950 r. Jego innowacyjność polegała na tym, że przygotowali kilka rodzajów nóg, które można było dowolnie łączyć z różnymi wariantami plastikowych siedzisk. Stół jest zupełnie współczesny i zrobiony na zamówienie. Znalezienie gotowego, który spełniałby ich wymagania, okazało się niemożliwe, zawsze coś było nie tak. Albo był za toporny, albo za mały, albo kosztował pięćdziesiąt tysięcy. Zamówiony u stolarza i w firmie metalurgicznej stół według ich własnego projektu, ma po rozłożeniu trzy metry sześćdziesiąt centymetrów i może przy nim usiąść 16 osób, a co najważniejsze był cztery razy tańszy niż ten włoski. Włoska jest za to lampa nad stołem, całkiem współczesna, o pięknym kształcie wygiętej kartki papieru, okrytej białą tkaniną, która rozprasza światło, dając efekt soft-boxu. W salonie nie ma wielu mebli i elementów, za to te które są, tworzą zaskakującą i trochę niepokojącą całość.

Narożnik jest poskładany z kilku elementów. Te wygodne gąbkowe siedziska z pokryciem z poliestru, które w 1973 roku zaprojektował francuski designer Michel Ducaroy, wciąż pozostają bestsellerami w sprzedającej je sieci sklepów Ligne Roset. Anka i Oktawian zestawili je z inną klasyczną ikoną designu – stolikiem projektu Isamu Noguchi. Kiedy Noguchi zaprojektował go po raz pierwszy w 1944 roku, nie zadbał o patent, wzór wykorzystało bez jego zgody kilka firm. Zmienił więc nieznacznie wygląd nóg i w tym kształcie podbił nim świat. „Publiczną” część mieszkania dopełnia mała łazienka dla gości. To był autorski pomysł Oktawiana, żeby wykorzystać przy jej wykończeniu ogromne tafle kamienia o zdecydowanej barwie. Był przekonany do tego pomysłu, wiedział że wyjdzie fajnie, Anka bała się, że mała łazienka wykończona ciemnym kamieniem będzie wyglądała jak grobowiec. Na szczęście się myliła, wybrali brazylijski marmur Green Forest i efekt jest piorunujący. To też zasługa dodatków, białej ceramiki o obłych liniach i srebrzystej armatury, wszystko projektu Starcka – najmłodszego w gronie „ich” projektantów. Dzienną część mieszkania, od nocnej, gdzie znajduje się pokój syna, gabinet, sypialnia i druga łazienka, oddzielają szklane drzwi. Oddzielają, ale nie zamykają przestrzeni. Na najmocniejszy element pozwolili sobie w sypialni, na ścianie, za wezgłowiem łóżka. To tapeta, którą Oktawian nazywa w żartach „samo zło”. Na pierwszy rzut oka to niemal klasyczny op-art., ale tak naprawdę to wzór orientalny. Takie nieraz dziwaczne wzory wynajduje i wskrzesza na nowo na tkaninach i tapetach, angielska firma Osborne & Little. Powstała jako rodzinny sklepik w 1968 roku, w londyńskiej dzielnicy Chelsea, dzisiaj ma salony na całym świecie. Wszystkie elementy w mieszkaniu Anki i Oktawiana, które nie są ikonami designu, albo przynajmniej nie zostały zaprojektowane przez kogoś znanego, zostały zrobione na miarę. Przesuwane drzwi, garderoby, półki na książki – to wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe i nie mam nic wspólnego z meblową konfekcją. Jest jeszcze sporo rozwiązań których nie widać. Światło w całym domu obsługiwane jest na przykład zdalnie, na pilota. Oktawian radzi sobie z tym nieźle, demonstrując możliwości systemu, wyczarowuje za pomocą kilku przycisków nowe świetlne nastroje, Anka wciąż nie do końca się w tym łapie i czasem woli skorzystać z głównego panelu dowodzenia. Ich mieszkanie jest jak spełnione marzenie o nowoczesnym i funkcjonalnym wnętrzu. Chyba właśnie takie mieli na myśli wszyscy ci panowie moderniści, których projekty mają u siebie.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak, zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski; copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

21:08, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Nie w Amsterdamie, nie w Delft ani w Utrechcie, lecz w centrum Krakowa znaleźliśmy mieszkanie, którego atmosfera przywodzi na myśl obrazy Jana Vermeera i Pietera de Hooch. Ci siedemnastowieczni holenderscy mistrzowie często malowali swoich rodaków przy codziennych domowych zajęciach. Właściciel mieszkania, filolog, tłumacz literatury niderlandzkiej, zna holenderskie obyczaje nie tylko z obrazów i twierdzi, że nawet dziś można zobaczyć takie tradycyjne wnętrza, zaglądając w okna podczas wieczornego spaceru nad kanałami Amsterdamu czy uliczkami Lejdy.

Nic do ukrycia

Zaglądamy oczywiście mimochodem, bowiem okna holenderskich domów są nieosłonięte, "bez skrępowania" ukazują wnętrza i ich mieszkańców. Na parapetach, wśród doniczek z kwiatami (Holendrzy uwielbiają rośliny) nierzadko eksponuje się pamiątki rodzinne, srebra, starocie i kurioza, symbole statusu społecznego rodziny lub zainteresowań mieszkańców domu. Zwyczaj odsłaniania okien wywodzi się z surowych kalwińskich zasad moralnych i świadczyć ma o uczciwym życiu mieszkańców domu, w którym nie ma nic do ukrycia. W ten sposób broniły się przed plotkami i obmową żony marynarzy wyruszających w długie, trwające ponad rok rejsy do Indii Wschodnich. Dziś Holendrzy rezygnują z firan i zasłon raczej ze względu na tamtejszy klimat, który skąpi promieni słońca. A poza tym oni po prostu kochają swoje domy i są z nich dumni.

Ład i symetria

W patrycjuszowskich domach Amsterdamu do środka wchodzi się często przez przedproża, ozdobione galeryjkami granitowe podesty, jakie w Polsce zobaczyć można na zrekonstruowanej gdańskiej starówce. Zarówno w bogatych, jak i w biedniejszych domostwach za drzwiami ujrzymy najpierw długą sień wyłożoną szachownicą czarnych i białych marmurowych płyt. W sieni są drzwi prowadzące do salonu, jadalni i kuchni oraz schody na wyższe kondygnacje, często tak wąskie i strome, że jedynym sposobem wniesienia mebli jest wciągnięcie ich przez okna za pomocą specjalnego haka zamocowanego u szczytu fasady budynku. Dom holenderski wita gościa zapachem mydła i krochmalu, emanuje czystością i porządkiem wyniesionymi tu wręcz do rangi cnoty. Jeszcze nie tak dawno dobre gospodynie myły codziennie nawet bruk przed drzwiami! Nie ma miejsca na artystyczny nieład, nic nie jest tu przypadkowe, każdy przedmiot ma swoje miejsce, książki leżą w równych rzędach na półkach, królują ład i symetria.

 

Miłość do rzeczy

Widać również przywiązanie do tradycji i przedmiotów - przekazywanych z pokolenia na pokolenie bibelotów i drobiazgów. Miłość do rzeczy była niegdyś w Holandii tak silna, że zamawiano u malarzy "portrety" ulubionych skarbów. W pokojach wiszą lampy naftowe i zegary, na komodach i etażerkach piętrzą się naczynia z cyny i miedzi, figurki oraz biało-niebieskie fajansowe wazy z Delftu. Nie może być na nich ani pyłku kurzu! Owe słynne kobaltowe delfty zdobione ornamentami roślinnymi, zwierzęcymi i krajobrazami narodziły się w XVII wieku jako rodzima, tańsza wersja niezwykle drogiej porcelany przywożonej na statkach z Chin i Japonii. Zamiłowanie do ceramiki było w Kraju Nizin tak wielkie, że właśnie tutaj wymyślono oszklone szafy do przechowywania zbiorów. Niektóre z nich przypominały późniejsze serwantki, inne miały formę niewielkich wiszących szafeczek ozdobionych falistym gzymsem i snycerką lub kątowych mebli pokrytych laką. Nierzadko do eksponowania fajansu i porcelany służyły oszklone wnęki w ścianach.

 

Kafelek z wiatrakiem

Holenderską specjalnością są też kafle przedstawiające scenki rodzajowe, bawiące się dzieci, pejzaże, statki, morskie potwory i ptaki. Początkowo układano z nich wyłącznie jeden rządek tuż przy podłodze, co oczywiście miało ułatwić utrzymanie ścian w nienagannej czystości (widać to na obrazach Vermeera), potem zaczęto pokrywać nimi coraz większe powierzchnie. Kafle te zyskały ogromną popularność w całej Europie i zamawiane były chętnie do dekoracji dworów i pałaców. Za granicą wytwarzano również całkiem udane kopie, słynęła z nich choćby manufaktura w położonych niedaleko Elbląga Kadynach. Tradycyjne kafle produkuje się w Holandii do dziś, są one jednak dosyć drogie - dobrą alternatywę stanowią ich włoskie imitacje dostępne również w Polsce. Motyw wiatraka kojarzący się z holenderskimi płytkami i umieszczany teraz na prawie wszystkich sprzedawanych w sklepach pamiątkach pojawił się znacznie później. Lubiany był też poza granicami Holandii, na przykład na Śląsku, gdzie w XIX wieku zdobiono w ten sposób wiele przedmiotów kuchennych - pojemniki na mąkę, cukier czy przyprawy. W Polsce naczynia dekorowane wiatrakami produkowały choćby fabryki we Włocławku i Chodzieży. Do dziś wiele tych uroczych cacek można stosunkowo tanio kupić na targach staroci.

Martwa natura z tulipanami

Nie sposób też wyobrazić sobie domu holenderskiego bez obrazów: portretów przodków, pejzaży i martwych natur. Dawniej nie były one przedmiotami zbytku (sprzedawano je na jarmarkach), kolekcje liczące po kilkaset płócien posiadali zwykle mieszczanie, a nawet chłopi mieli często po kilkadziesiąt obrazów. Malarzy traktowano jak rzemieślników, a ich usługi - jeśli oczywiście nie byli uznanymi mistrzami - nie były drogie. Widać to na przykładzie tak zwanej tulipanowej manii, która w wieku XVII ogarnęła Holandię. Cebulki kwiatów osiągały wtedy zawrotne ceny i stały się przedmiotem finansowych spekulacji, za rzadkie egzemplarze płacono nawet równowartość domu z powozem. Dlatego biedniejsi, których nie stać było na tak kosztowną pasję, decydowali się na zamówienie obrazów przedstawiających upragnione kwiaty. Teraz tulipany nie budzą takich emocji, a na targu kwiatowym w Amsterdamie w sezonie kupić można, bardzo tanio, kilkadziesiąt wspaniałych odmian. Zdobią one potem mieszkania, ułożone często w specjalnych wazach z wieloma małymi otworkami pozwalającymi na ukazanie piękna każdego kwiatu z osobna.

Wieczory przy kominku

Meble holenderskie są ciężkie, ciemne, dębowe, stare bywają bogato zdobione. Pięknie kontrastują one z jasnymi ścianami lub wtapiają się w boazerie pomalowane na typowo holenderski kolor kaczych jaj. Przypominają one do złudzenia meble gdańskie, co nie jest przypadkiem. W wielonarodowościowym Gdańsku żyła spora mniejszość holenderska, a tamtejsze rzemiosło meblarskie (jak również malarstwo, ceramika i architektura) pozostawało pod silnym wpływem Holandii i Flandrii. Częściej znajdziemy jednak sprzęty proste i surowe, z wyjątkiem wygodnych foteli obitych zwykle wzorzystymi tkaninami. Niegdyś każdy z domowników miał w salonie swój fotel oświetlony osobną lampą i stolik, na którym układano jego gazety i książki oraz ulubione przedmioty. Niestety - za sprawą telewizji stary zwyczaj wspólnego spędzania przez rodzinę wieczorów przy kominku zanikł prawie zupełnie.

 

Zbieżność gustów

Najważniejszym meblem jest stół - przykrywa się go często grubym, puszystym aksamitem utrechckim bądź dywanem w orientalne wzory. Na stole tym nie może zabraknąć holenderskich specjałów: wyśmienitej kawy i najwyższej jakości kakao, szklaneczki genever, czyli jałowcówki, jedzonego na śniadanie ciasta ontbijtkoek przypominającego w smaku piernik, chleba z rodzynkami i żółtego sera, którego nie wolno trzymać w lodówce, gdyż traci aromat. Pojawiają się też rozmaite ryby, wspaniałe śledzie, wędzone węgorze i makrele. Jeżeli ułożymy je na pięknym półmisku, łatwo uzyskamy coś na kształt martwej natury - nie sposób uniknąć skojarzeń z malarstwem, opisując holenderski dom. Warto dodać, że martwe natury niespecjalnie cenione były niegdyś przez koneserów - kupowali je głównie mieszczanie i... polska szlachta, w której dworach wisiało sporo obrazów malowanych przez artystów rzemieślników z Kraju Nizin. Być może decydował o tym podobny gust nabywców. Podobieństw takich odnaleźć można więcej, jak choćby zamiłowanie do Orientu, wschodnich dywanów, w Holandii gromadzonych jednak na mniejszą skalę niż w Polsce.

Zacznij od okna

Dom holenderski ma różne oblicza, łączy w sobie epikurejską wygodę i kalwińską surowość. Spotkać można zarówno wnętrza przeładowane meblami, drobiazgami, wyszywanymi poduszkami i gobelinami, jak i takie, które mimo nagromadzonych w nich przedmiotów nie tracą ascetycznej wręcz prostoty i elegancji. Urządzenie domu w stylu holenderskim na pewno warto polecić bywalcom targów staroci, miłośnikom tradycji oraz wszystkim tym, którzy cenią czystość i porządek, a przede wszystkim "życie dostatnie, przykładne, szczęście ciche i bez wstrząsów", jak pisał o Holendrach podróżnik Henry Havard. Niekoniecznie trzeba być przy tym posiadaczem rodzinnych zbiorów. Na początek zachęcam do odsłonięcia okien i kupna tulipanów.

Tekst: Piet Van Oogenbergh (copyrights), stylizacje: Aleksander Lesiak (copyrights), zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki (rower), Adam Golec - copyrights Agencja Gazeta

21:26, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2009

Dom otwarty na taras, a taras otwarty na ogród. Bez wyraźnych podziałów, różnic wysokości. Taras jest pełen harmonii, mimo że jego elementy są z zupełnie różnych światów. A jednak wszystko tu ze sobą gra. Twardy, surowy beton przechodzi w miękką trawę, do starego ciemnego stołu dostawiono zupełnie nowe i całkiem zwyczajnie wiklinowe fotele. Do tego rzeźby, lekkie wbrew swej "kamienności". A wszystko razem jak w "Ukrytych pragnieniach" Bertolluciego...

 

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

23:15, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »

    

W stylu belle epoque. Balkonik w starej kamienicy, zupełnie niewielki, ale w sam raz, żeby przysiąść z książką i napić się popołudniowej herbaty. Żeliwne meble, zupełnie takie same jak na starych fotografiach. Nic dziwnego - znów są modne i na powrót odlewane z wzorów sprzed stu lat.

    

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

21:29, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4