Paryż - wnętrza - streetart - lifestyle - ludzie - miejsca

ALEKSANDERLESIAK.COM
Kategorie: Wszystkie | 20eme | DEUTSCH | Domosfera | ENGLISH | Paryż | ludzie | miejsca | przedmioty | streetart | wydarzenia
RSS
piątek, 02 lipca 2010

Ma na imię Antoine. Tak jak Antoine de Paris - Antoni Cierplikowski, słynny francuski fryzjer polskiego pochodzenia, który jako pierszy zaproponował krótkie kobiece fryzury dla Coco Chanel. Na lokal przy numerze 145 rue St. Honoré wpadł przepadkiem. Całkiem dosłownie. Wywrócił się na swoim skuterze na wprost drzwi do swojego przeszłego salonu. To był 1997 rok...

 


To miejsce ma swój własny, jak mówią Francuzi, «esprit». Parter urządzony jest stylu POP ze świeżą i nowoczesną kombinacją wściekłego różu, fioletu i trawiastej zieleni. Do tego niepokojące czarne blaty przy lustrach. Podświetlane panele z pleksi na ścianach  w połączeniu ze stylowymi fotelami fryzjerskimi z lat 50. tworzą wyjątkowy i zaskakujący klimat. Nieco nawet psychodeliczny, trochę jak Burtonowskiej «Alicji w Krainie Czarów». Kręcone schody w głębi, prowadzą na pierwsze piętro z przestrzenią pełną intymności i uroku.

 

 

Ogromne półokrągłe okno wpuszcza do środka całe światło ulicy, ale wysokość pierwszego piętra sprawia, że na przechodniów spoglądamy z góry, bez obawy że ich ciekawski wzrok będzie nas śledził w trakcie fryzjerskich zabiegów. Kolory pięterka nie znają kompromisu. Krwista czerwień w parze z intensywnym fioletem, który w świetle zachodu słońca staje się amarantem. Co powiedzieć o kominku, doprawdy nie wiem. W założeniu Antoina jego czerń miała był kroplą japońskiego minimalizmu w wersji Mangha. Stał się raczej obiektem nierealnym, tym bardziej intrygującym im bardziej bezużytecznym.

 

 

Ale najwspanialsze są fotele. Trzy na górze i dwa na dole. Jedno z nich było przezentem od ojca, inne Antoine kupił od kolekcjonera za 1500 euro sztuka. Kiedyś, w latach 50., fotele jak te były w prawie każdym zakładzie fryzjerskim. Miały miękkie formy i silne kolory, przypominały kwiaty. Drobne wypustki na tapicerce są z kolei obietnicą zmysłowych doznań... Są też wspomnieniem «sweet fifties», użytym zresztą przez francuskiego reżysera Patrica Leconca w scenografii filmu «Mąż fryzjerki» z 1990 roku z Jeanem Rochefortem i Anną Galieną w rolach głównych, uważanym przez wielu za jedną z najpiękniejszych historii miłosnych w historii kina. Na marginesie mówiąc bohater grany przez Rocheforta też miał na imię Antoine. Jest też mała kuchenka, gdzie przygotowuje się kawę i kolory do farbowania włosów. Do zrobienia kawy potrzebny jest jeden słoik i ekspres, ale kolory pochodzą z setki różnych tubek. Żeby coś przyrządzić w tej dziwnej kuchni Antoine nie bierze kurczaka, marchewek i ziemniaków. W zamian wyciska tubkę 66/45 (intensywna czerwień) albo 9/11 (bardzo jasny blond). Teraźniejszość i przeszłość, imię Antoine, które dla francuskiego fryzjerstwa znaczy więcej niż Jean Luis David i Jean Biguine razem wzięci, połączenie stylu Magha i POP oraz wybuchowy miks kolorów sprawia, że jest to miejsce wyjątkowe. Wyjątkowe dzięki wnętrzu (tak różnemu od sieciowych salonów) i osobowości swojego właściciela.

Tekst dla rosyjskiego magazynu Hair & Beauty.

wtorek, 18 maja 2010

fot. Alona Martier

In this room we have spent long hours. Talking, eating, laughing, drinking. Light and joyful evenings and unbearable hard mornings that follow. This room (or actually this kitchen) was a kind of unique cosmology, where everything had suitable place. Ashtray on shelf above my head, medium glasses for red wine the second cabinet down and just on the right calendar with naked men, erotic fantasies from the 70’s. Some of these objects were like memories of people who lived there before. Postcards, books and my favorite pierced mug. Tangible proof of existing life before. The view from window was a diferent thing, leading its own life dependent on seasons and day changes. Mute witness belonging to the room but not to us.

www.passagedudesir.eu

niedziela, 16 maja 2010

Spędziliśmy w tym pokoju długie godziny. Rozmawiając, jedząc, śmiejąc się, pijąc. Lekkie, radosne wieczory i nieznośnie ciężkie poranki następujące po nich. Ten pokój (a w zasadzie kuchnia) był wyjątkową kosmogonią, gdzie wszystko miało swoje miejsce. Popielniczka na półce nad moją głową, kieliszki do czerwonego wina w dolnej szafce a zaraz po prawej kalendarz z nagimi facetami, erotyczne fantazje z lat 70. Niektóre z tych przedmiotów były jak wspomnienie o ludziach, którzy żyli tam przedtem. Pocztówki, książki i mój ulubiony kubek z koluszkiem jak pircing. Namacalne dowody życia toczącego się przed nami. Widok z okna był czymś innym, prowadził własną egzystencję zależną od pór roku i dni. Niemy świadek czasu przynależny do miejsca, ale nie do nas.


www.lepassagedudesir.eu

sobota, 13 marca 2010

Tamaso ma dżjotir gamaja

(Z ciemności prowadź mnie do światła)

 



Herzog zadaje proste pytania. Herzog otrzymuje proste odpowiedzi. W tych na pozór oczywistych sprawach, których śladem podąża, chce odkryć tajemnicę. My na razie nie.

Najpierw pokazuje kolorowe obrazki, takich jakich setki widzimy codziennie w telewizji i gazetach. To żadne działania symboliczne. Barwne ilustracje. Potem spotkania z ludźmi. Do jego opowieści wkrada się, lekka jak nić, narracja. Historia o drodze. Wychwytuje pojedyncze gesty, objaśnia ustami swych rozmówców. Gdy jesteśmy z nim przy mandali, i kiedy wydaje nam się że możemy zrozumieć czynności, gesty i ich znaczenie (bo czytelny jest język prostych metafor), wysyła nas z powrotem do Europy. I zdajemy sobie sprawę, że zrozumienie rytuału, nie uczyni go naszym. Herzog prowadzi nas do momentu, w którym odległe buddyjskie „działania rytualno – symboliczne”, egzotyczne na powierzchni, w środku stają się bliskie. Bo teraz już chcemy odkryć tę tajemnicę, o której nam opowiedział.


Werner Herzog, Rad Der Zeit / Wheel Of Time, 2003



wtorek, 09 marca 2010

 

Maya Humo czternasty raz zmienia pracę. Nawet artystka musi płacić czynsz, nawet wtedy gdy jej artystyczna działalność nie przynosi żadnego zupełnie dochodu. Wszystkie te prace dla zarobku traktuje lekko a jednocześnie śmiertelnie poważnie. Żeby przetrwać surrealizm pracowniczej rzeczywistości wyobraża sobie, że występuje w filmie. Zapełnia ją swoimi małymi performansami, cygańskim tańcem, przemowami w wymyślonych językach. Pracodawcom brakuje jednak zrozumienia i poczucia humoru. Jej nieznośna lekkość bytu napotyka na mur realiów.

 

Reel 2009 - Nenufarine - from Maya Humo on Vimeo

 

Subkulturowo jest chyba „arty”, chociaż nie ubiera się u Viktora and Rolfa, Bernarda Wilhelma ani w Comme des garçons. Ma za to kolczyki z kapsli po piwie, zakłada trzy swetry, bo przez dziesięć miesięcy w roku marznie. Czas upływa jej ostatnio na rozmyślaniu kim jest. Dizajnerką wizualną, performerką, ilustratorką czy twórczynią wideo. I czy dobrze zrobiła porzucając Madryt i wracając po dziesięciu latach do Paryża. W między czasie zmienia po raz sto piąty tożsamość na Facebuku. Jest teraz Anną Gredzinski, wirtualnie emigruje do Warszawy i co rusz powtarza mi po polsku: „Nie płacz kiedy odjadę”.


Maya Humo, www.nenufarine.com

piątek, 18 grudnia 2009

Niektóre zwyczaje poszły już w zapomnienie, inne - tak jak kulinarne przepisy odtwarzane z pamięci przez Zalipianki niczym pacierz, trwają niezmienione.

Boże Narodzenie kończy rok, jest czasem odpoczynku, dawniej także względnego dostatku, o który na co dzień było trudno.

W Wigilię sam gospodarz idzie do lasu po drzewko, wybiera wysokie i równo rozrośnięte.

Przed wojną w niektórych domach na drzewkach połyskiwały już bańki i "miejskie" świecidełka, w innych wciąż wieszano podłaźniczki. Obowiązkowym elementem dekoracji był snopek zboża, stawiany w kącie izby i nazywany "pastuchem", lub "pasterzem", od pasterzy nawiedzających stajenkę.

Wigilijny stół stawał na środku izby, nakryty odświętnym obrusem, a następnie przewiązany słomianymi powrósełkami zaplecionymi ze słomy. Po kolacji dzieci wybiegały z nimi przed dom i obwiązywały nim jabłonie, grusze, śliwy, krzycząc: "Darujcie, nie rąbcie, będę rodziła, proszę za nią, jak za Panią, darujcie!", co miało zagwarantować urodzaj w następnym roku. Z dawną magią płodności wiąże się też obyczaj, który w wielu domach przetrwał do dziś - pod stołem układa się sporą wiązkę siana (później zjada ją bydło), i rozsypuje na stole ziarno (po wieczerzy daje się je domowemu ptactwu).Wraz z pierwszą gwiazdką i odmówionym pacierzem rozpoczyna się wigilijna wieczerza. Są życzenia, łamanie się opłatkiem, a na stole obowiązkowe wolne nakrycie dla zbłąkanego wędrowca.Pierwszy wjeżdża na stół czerwony barszcz na zakwasie, następnie ryba, zazwyczaj śledź, potem drobne mączne paluszki obsypywane makiem, kapusta z grzybami, okraszone cebulą ziemniaki, kasza ze śliwkami i wypieki, bo makowca i drożdżówki zabraknąć na stole nie mogło i nie może!

Czas do północy upływa na opowieściach, przypominaniu rodzinnych historii i śpiewaniu kolęd. Na Pasterkę idą wszyscy, bez względu na wiek. Dawniej drogę oświetlano sobie płonącymi świecami; teraz niestety nikt już sobie nie oświetla drogi w ten sposób...

Pierwszy dzień Świąt służy odpoczynkowi. Je się to co pozostało z Wigilii. Niegdyś źle widziane były wizyty.

Za to w św. Szczepana, czyli w drugi dzień Bożego Narodzenia, już od rana dużo się działo. Zimowe pola pokrywała łuna od palonych "na dobre urodzaje" "pastuchów". Od domu do domu chodzili kolędnicy z "Turoniem", gwiazdą, szopką, przebrani za Heroda, jego marszałka i żołnierzy. Dawniej w ostatnim domu zostawali na dłużej. Przychodziły tam panny na wydaniu, grała kapela z bębnem, basami, i dwojgiem skrzypiec. Kapeli dawało się tak zwane przodki, czyli płaciło "z góry" za 15 lub 30 minut grania. Przy skocznych polkach, oberkach, mazurkach i krakowiakach i piwie, zabawa trwała do białego rana...

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak Zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

piątek, 13 listopada 2009

Na topie - tak jak w modzie ubraniowej - są desenie i kolory "zwierząt północy": ciemne i jasne brązy, szarości, rudości, wszelkie pręgi, czasem drobne cętki. W zapomnienie odeszły natomiast lamparty, gepardy, tygrysy, a także krowy, które są absolutnie passé!

 

Nowe, zupełnie nowe...

Moda na ekologię trwa, więc sztuczne futra są w ofensywie. Producenci potrafią tworzyć materiały doskonale naśladujące sierść - niemal nie do odróżnienia w dotyku. Wszystko to za sprawą naturalnych domieszek (sztuczne włókna przetyka się jedwabnymi nitkami). Puszyste sztuczności zakradły się do mieszkań tylnymi drzwiami - najpierw w formie żartów - obrośniętych futerkiem wazonów i lamp. Potem na materiałach obiciowych zaczęły się panoszyć zebry, tygrysy i lamparty.

Masowe pojawienie się sztucznych futer wysokiej jakości nie spowodowało zupełnego odwrotu od naturalnych. Serwuje się je jednak całkiem inaczej - już nie "na surowo" jako wyprawione skóry rzucone przy łóżku albo powieszone na ścianie, ale "przetworzone". Są więc obcinane, zszywane, a potem obszywane i podszywane materiałem. A co z baranicą? Jedyna modna to w takim kolorze, w jakim barana w życiu byśmy nie zobaczyli, może być fiolet, róż, ewentualnie niebieski, czerwony lub trawiasta zieleń. Baranica "naturel" dopuszczalna jest jedynie jako celowa, jawna i niepodważalna prowokacja.

Co z futra

Na rynku dostępne są głównie sympatyczne futrzaste gadżety: termofory, ocieplacze i inne drobiazgi. Są w całości z futra lub jedynie nim wykończone. Głównym zastosowaniem futer (na razie) pozostają różnego rodzaju poduchy, poduszki, narzuty i kapy. Koniecznie muszą być łączone z innymi materiałami. Świetnie będą wyglądać z połyskliwymi jedwabiami, naturalnymi lnami, surowymi wełnami i filcami, które będą stroną spodnią albo węższą lub szerszą bordiurą. I to właśnie użyty komponent determinuje, do jakiego wnętrza będą się najlepiej nadawać.

Na pewno futro z jedwabiem to mariaż bardzo wyrafinowany, w guście włoskich kreatorów mody. Połączenie z lnem natomiast wprowadza klimat domku myśliwskiego. Na fali tej mody do łask wracają nawet pędzle do golenia (Tylko z borsuka!).

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak Zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

12:28, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 września 2009

Poprzednie mieszkanie Anki i Oktawiana, przy alei Solidarności w Warszawie, było „low-budget” – jak je określają. Nie mieli pieniędzy na wnętrzarskie szaleństwa, ani wystarczająco dużo konsekwencji w sobie, żeby zaprowadzić jakiś jeden styl. Było rozkosznie kolorowe, pełne przypadkowych przedmiotów, takich jak stojak na płyty w formie Aborygena. Nowe mieszkanie miało być inne. Nowoczesny styl i spójna forma.

 

Na to przy Grochowskiej, na warszawskim Kamionku, trafili dzięki koledze Oktawiana, który już tam mieszkał. 143 metry kwadratowe na ostatnim piętrze apartamentowca i 123 metrowy taras zrobiły na nich wrażenie, ale tym co ich przekonało był nie tyle metraż, co widok na Park Skaryszewski, Wisłę i fantastyczną panoramę śródmieścia. Anka, która skończyła wzornictwo przemysłowe na ASP, chciała zaprojektować wszystko sama. Zaczęło się od kafli do łazienki, w kolorach czekolady, kawy z mlekiem, wanilii i nietypowym kształcie, odwołującym się do wzorów z lat 60. I tak już poszło. Najpierw ich wyobraźnią zawładnęły łagodne linie, ergonomiczne kształty i przyjazne materiały. Potem były barwy, złamana kolorystyka żółci, czerwieni, brązów i zieleni. Wszystko to mieli w głowie, zwłaszcza Anka, która potrafiła to sobie wyobrazić, bez rysunków i planów. Ale urządzanie mieszkania, to też cała masa konkretnych rozwiązań technicznych, rozplanowanie układu pomieszczeń, oświetlenia, wybór wykonawców. Postanowili skorzystać z pomocy architekta i do współpracy zaprosili Bartka Hryniewickiego. Spodobało im się to, że uważnie ich słuchał, brał pod uwagę ich pomysły i sugestie. Przy tym w rozmowach z ekipami budowlanymi nigdy nie zgadzał się na żadne „to się nie da tak zrobić”. To jego pomysłem było pozostawienie otwartej kuchni z „wyspą”, Anka z Oktawianem początkowo nie byli do tego przekonani uważając, że może wyjść mało przytulnie. Teraz widzą, że dzielenie przestrzeni nie miałoby sensu. Architekt miał skłonności do minimalizmu, więc kwestie mebli i dodatków pozostawili już sobie. Generalny „look” tego mieszkania sprawia, że mamy wrażenie, że to wszystko zinterpretowane na nowo lata 60, może przez obłe kształty, może przez rzucające się w oczy grochy na tkaninach. Jednak tak naprawdę to małe muzeum światowego designu od lat 40. i 50. poprzez 60. aż do 70. Anka kocha te projekty, nie widzi w nich przedmiotów czy mebli, ale nazwiska, biogramy, historię wzornictwa. Jednym z pierwszych gadżetów jaki zawisł, w zbyt prostej ich zdaniem kuchni, był fantazyjny zegar ścienny, projekt z 1948 roku. To jeden z dwustu zegarów Georga Nelsona, nazywanego ojcem amerykańskiego modernizmu. Wiele takich designerskich evergreenów jest wciąż produkowanych. Tak jak krzesła, które mają w jadalni. To z kolei projekt Raya i Charlesa Eamesów z 1950 r. Jego innowacyjność polegała na tym, że przygotowali kilka rodzajów nóg, które można było dowolnie łączyć z różnymi wariantami plastikowych siedzisk. Stół jest zupełnie współczesny i zrobiony na zamówienie. Znalezienie gotowego, który spełniałby ich wymagania, okazało się niemożliwe, zawsze coś było nie tak. Albo był za toporny, albo za mały, albo kosztował pięćdziesiąt tysięcy. Zamówiony u stolarza i w firmie metalurgicznej stół według ich własnego projektu, ma po rozłożeniu trzy metry sześćdziesiąt centymetrów i może przy nim usiąść 16 osób, a co najważniejsze był cztery razy tańszy niż ten włoski. Włoska jest za to lampa nad stołem, całkiem współczesna, o pięknym kształcie wygiętej kartki papieru, okrytej białą tkaniną, która rozprasza światło, dając efekt soft-boxu. W salonie nie ma wielu mebli i elementów, za to te które są, tworzą zaskakującą i trochę niepokojącą całość.

Narożnik jest poskładany z kilku elementów. Te wygodne gąbkowe siedziska z pokryciem z poliestru, które w 1973 roku zaprojektował francuski designer Michel Ducaroy, wciąż pozostają bestsellerami w sprzedającej je sieci sklepów Ligne Roset. Anka i Oktawian zestawili je z inną klasyczną ikoną designu – stolikiem projektu Isamu Noguchi. Kiedy Noguchi zaprojektował go po raz pierwszy w 1944 roku, nie zadbał o patent, wzór wykorzystało bez jego zgody kilka firm. Zmienił więc nieznacznie wygląd nóg i w tym kształcie podbił nim świat. „Publiczną” część mieszkania dopełnia mała łazienka dla gości. To był autorski pomysł Oktawiana, żeby wykorzystać przy jej wykończeniu ogromne tafle kamienia o zdecydowanej barwie. Był przekonany do tego pomysłu, wiedział że wyjdzie fajnie, Anka bała się, że mała łazienka wykończona ciemnym kamieniem będzie wyglądała jak grobowiec. Na szczęście się myliła, wybrali brazylijski marmur Green Forest i efekt jest piorunujący. To też zasługa dodatków, białej ceramiki o obłych liniach i srebrzystej armatury, wszystko projektu Starcka – najmłodszego w gronie „ich” projektantów. Dzienną część mieszkania, od nocnej, gdzie znajduje się pokój syna, gabinet, sypialnia i druga łazienka, oddzielają szklane drzwi. Oddzielają, ale nie zamykają przestrzeni. Na najmocniejszy element pozwolili sobie w sypialni, na ścianie, za wezgłowiem łóżka. To tapeta, którą Oktawian nazywa w żartach „samo zło”. Na pierwszy rzut oka to niemal klasyczny op-art., ale tak naprawdę to wzór orientalny. Takie nieraz dziwaczne wzory wynajduje i wskrzesza na nowo na tkaninach i tapetach, angielska firma Osborne & Little. Powstała jako rodzinny sklepik w 1968 roku, w londyńskiej dzielnicy Chelsea, dzisiaj ma salony na całym świecie. Wszystkie elementy w mieszkaniu Anki i Oktawiana, które nie są ikonami designu, albo przynajmniej nie zostały zaprojektowane przez kogoś znanego, zostały zrobione na miarę. Przesuwane drzwi, garderoby, półki na książki – to wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe i nie mam nic wspólnego z meblową konfekcją. Jest jeszcze sporo rozwiązań których nie widać. Światło w całym domu obsługiwane jest na przykład zdalnie, na pilota. Oktawian radzi sobie z tym nieźle, demonstrując możliwości systemu, wyczarowuje za pomocą kilku przycisków nowe świetlne nastroje, Anka wciąż nie do końca się w tym łapie i czasem woli skorzystać z głównego panelu dowodzenia. Ich mieszkanie jest jak spełnione marzenie o nowoczesnym i funkcjonalnym wnętrzu. Chyba właśnie takie mieli na myśli wszyscy ci panowie moderniści, których projekty mają u siebie.

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak, zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski; copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / copyrights (zdjęcia): Kamil Iwo Krajewski

21:08, aleksander.lesiak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Nie w Amsterdamie, nie w Delft ani w Utrechcie, lecz w centrum Krakowa znaleźliśmy mieszkanie, którego atmosfera przywodzi na myśl obrazy Jana Vermeera i Pietera de Hooch. Ci siedemnastowieczni holenderscy mistrzowie często malowali swoich rodaków przy codziennych domowych zajęciach. Właściciel mieszkania, filolog, tłumacz literatury niderlandzkiej, zna holenderskie obyczaje nie tylko z obrazów i twierdzi, że nawet dziś można zobaczyć takie tradycyjne wnętrza, zaglądając w okna podczas wieczornego spaceru nad kanałami Amsterdamu czy uliczkami Lejdy.

Nic do ukrycia

Zaglądamy oczywiście mimochodem, bowiem okna holenderskich domów są nieosłonięte, "bez skrępowania" ukazują wnętrza i ich mieszkańców. Na parapetach, wśród doniczek z kwiatami (Holendrzy uwielbiają rośliny) nierzadko eksponuje się pamiątki rodzinne, srebra, starocie i kurioza, symbole statusu społecznego rodziny lub zainteresowań mieszkańców domu. Zwyczaj odsłaniania okien wywodzi się z surowych kalwińskich zasad moralnych i świadczyć ma o uczciwym życiu mieszkańców domu, w którym nie ma nic do ukrycia. W ten sposób broniły się przed plotkami i obmową żony marynarzy wyruszających w długie, trwające ponad rok rejsy do Indii Wschodnich. Dziś Holendrzy rezygnują z firan i zasłon raczej ze względu na tamtejszy klimat, który skąpi promieni słońca. A poza tym oni po prostu kochają swoje domy i są z nich dumni.

Ład i symetria

W patrycjuszowskich domach Amsterdamu do środka wchodzi się często przez przedproża, ozdobione galeryjkami granitowe podesty, jakie w Polsce zobaczyć można na zrekonstruowanej gdańskiej starówce. Zarówno w bogatych, jak i w biedniejszych domostwach za drzwiami ujrzymy najpierw długą sień wyłożoną szachownicą czarnych i białych marmurowych płyt. W sieni są drzwi prowadzące do salonu, jadalni i kuchni oraz schody na wyższe kondygnacje, często tak wąskie i strome, że jedynym sposobem wniesienia mebli jest wciągnięcie ich przez okna za pomocą specjalnego haka zamocowanego u szczytu fasady budynku. Dom holenderski wita gościa zapachem mydła i krochmalu, emanuje czystością i porządkiem wyniesionymi tu wręcz do rangi cnoty. Jeszcze nie tak dawno dobre gospodynie myły codziennie nawet bruk przed drzwiami! Nie ma miejsca na artystyczny nieład, nic nie jest tu przypadkowe, każdy przedmiot ma swoje miejsce, książki leżą w równych rzędach na półkach, królują ład i symetria.

 

Miłość do rzeczy

Widać również przywiązanie do tradycji i przedmiotów - przekazywanych z pokolenia na pokolenie bibelotów i drobiazgów. Miłość do rzeczy była niegdyś w Holandii tak silna, że zamawiano u malarzy "portrety" ulubionych skarbów. W pokojach wiszą lampy naftowe i zegary, na komodach i etażerkach piętrzą się naczynia z cyny i miedzi, figurki oraz biało-niebieskie fajansowe wazy z Delftu. Nie może być na nich ani pyłku kurzu! Owe słynne kobaltowe delfty zdobione ornamentami roślinnymi, zwierzęcymi i krajobrazami narodziły się w XVII wieku jako rodzima, tańsza wersja niezwykle drogiej porcelany przywożonej na statkach z Chin i Japonii. Zamiłowanie do ceramiki było w Kraju Nizin tak wielkie, że właśnie tutaj wymyślono oszklone szafy do przechowywania zbiorów. Niektóre z nich przypominały późniejsze serwantki, inne miały formę niewielkich wiszących szafeczek ozdobionych falistym gzymsem i snycerką lub kątowych mebli pokrytych laką. Nierzadko do eksponowania fajansu i porcelany służyły oszklone wnęki w ścianach.

 

Kafelek z wiatrakiem

Holenderską specjalnością są też kafle przedstawiające scenki rodzajowe, bawiące się dzieci, pejzaże, statki, morskie potwory i ptaki. Początkowo układano z nich wyłącznie jeden rządek tuż przy podłodze, co oczywiście miało ułatwić utrzymanie ścian w nienagannej czystości (widać to na obrazach Vermeera), potem zaczęto pokrywać nimi coraz większe powierzchnie. Kafle te zyskały ogromną popularność w całej Europie i zamawiane były chętnie do dekoracji dworów i pałaców. Za granicą wytwarzano również całkiem udane kopie, słynęła z nich choćby manufaktura w położonych niedaleko Elbląga Kadynach. Tradycyjne kafle produkuje się w Holandii do dziś, są one jednak dosyć drogie - dobrą alternatywę stanowią ich włoskie imitacje dostępne również w Polsce. Motyw wiatraka kojarzący się z holenderskimi płytkami i umieszczany teraz na prawie wszystkich sprzedawanych w sklepach pamiątkach pojawił się znacznie później. Lubiany był też poza granicami Holandii, na przykład na Śląsku, gdzie w XIX wieku zdobiono w ten sposób wiele przedmiotów kuchennych - pojemniki na mąkę, cukier czy przyprawy. W Polsce naczynia dekorowane wiatrakami produkowały choćby fabryki we Włocławku i Chodzieży. Do dziś wiele tych uroczych cacek można stosunkowo tanio kupić na targach staroci.

Martwa natura z tulipanami

Nie sposób też wyobrazić sobie domu holenderskiego bez obrazów: portretów przodków, pejzaży i martwych natur. Dawniej nie były one przedmiotami zbytku (sprzedawano je na jarmarkach), kolekcje liczące po kilkaset płócien posiadali zwykle mieszczanie, a nawet chłopi mieli często po kilkadziesiąt obrazów. Malarzy traktowano jak rzemieślników, a ich usługi - jeśli oczywiście nie byli uznanymi mistrzami - nie były drogie. Widać to na przykładzie tak zwanej tulipanowej manii, która w wieku XVII ogarnęła Holandię. Cebulki kwiatów osiągały wtedy zawrotne ceny i stały się przedmiotem finansowych spekulacji, za rzadkie egzemplarze płacono nawet równowartość domu z powozem. Dlatego biedniejsi, których nie stać było na tak kosztowną pasję, decydowali się na zamówienie obrazów przedstawiających upragnione kwiaty. Teraz tulipany nie budzą takich emocji, a na targu kwiatowym w Amsterdamie w sezonie kupić można, bardzo tanio, kilkadziesiąt wspaniałych odmian. Zdobią one potem mieszkania, ułożone często w specjalnych wazach z wieloma małymi otworkami pozwalającymi na ukazanie piękna każdego kwiatu z osobna.

Wieczory przy kominku

Meble holenderskie są ciężkie, ciemne, dębowe, stare bywają bogato zdobione. Pięknie kontrastują one z jasnymi ścianami lub wtapiają się w boazerie pomalowane na typowo holenderski kolor kaczych jaj. Przypominają one do złudzenia meble gdańskie, co nie jest przypadkiem. W wielonarodowościowym Gdańsku żyła spora mniejszość holenderska, a tamtejsze rzemiosło meblarskie (jak również malarstwo, ceramika i architektura) pozostawało pod silnym wpływem Holandii i Flandrii. Częściej znajdziemy jednak sprzęty proste i surowe, z wyjątkiem wygodnych foteli obitych zwykle wzorzystymi tkaninami. Niegdyś każdy z domowników miał w salonie swój fotel oświetlony osobną lampą i stolik, na którym układano jego gazety i książki oraz ulubione przedmioty. Niestety - za sprawą telewizji stary zwyczaj wspólnego spędzania przez rodzinę wieczorów przy kominku zanikł prawie zupełnie.

 

Zbieżność gustów

Najważniejszym meblem jest stół - przykrywa się go często grubym, puszystym aksamitem utrechckim bądź dywanem w orientalne wzory. Na stole tym nie może zabraknąć holenderskich specjałów: wyśmienitej kawy i najwyższej jakości kakao, szklaneczki genever, czyli jałowcówki, jedzonego na śniadanie ciasta ontbijtkoek przypominającego w smaku piernik, chleba z rodzynkami i żółtego sera, którego nie wolno trzymać w lodówce, gdyż traci aromat. Pojawiają się też rozmaite ryby, wspaniałe śledzie, wędzone węgorze i makrele. Jeżeli ułożymy je na pięknym półmisku, łatwo uzyskamy coś na kształt martwej natury - nie sposób uniknąć skojarzeń z malarstwem, opisując holenderski dom. Warto dodać, że martwe natury niespecjalnie cenione były niegdyś przez koneserów - kupowali je głównie mieszczanie i... polska szlachta, w której dworach wisiało sporo obrazów malowanych przez artystów rzemieślników z Kraju Nizin. Być może decydował o tym podobny gust nabywców. Podobieństw takich odnaleźć można więcej, jak choćby zamiłowanie do Orientu, wschodnich dywanów, w Holandii gromadzonych jednak na mniejszą skalę niż w Polsce.

Zacznij od okna

Dom holenderski ma różne oblicza, łączy w sobie epikurejską wygodę i kalwińską surowość. Spotkać można zarówno wnętrza przeładowane meblami, drobiazgami, wyszywanymi poduszkami i gobelinami, jak i takie, które mimo nagromadzonych w nich przedmiotów nie tracą ascetycznej wręcz prostoty i elegancji. Urządzenie domu w stylu holenderskim na pewno warto polecić bywalcom targów staroci, miłośnikom tradycji oraz wszystkim tym, którzy cenią czystość i porządek, a przede wszystkim "życie dostatnie, przykładne, szczęście ciche i bez wstrząsów", jak pisał o Holendrach podróżnik Henry Havard. Niekoniecznie trzeba być przy tym posiadaczem rodzinnych zbiorów. Na początek zachęcam do odsłonięcia okien i kupna tulipanów.

Tekst: Piet Van Oogenbergh (copyrights), stylizacje: Aleksander Lesiak (copyrights), zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki (rower), Adam Golec - copyrights Agencja Gazeta

21:26, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2009

Dom otwarty na taras, a taras otwarty na ogród. Bez wyraźnych podziałów, różnic wysokości. Taras jest pełen harmonii, mimo że jego elementy są z zupełnie różnych światów. A jednak wszystko tu ze sobą gra. Twardy, surowy beton przechodzi w miękką trawę, do starego ciemnego stołu dostawiono zupełnie nowe i całkiem zwyczajnie wiklinowe fotele. Do tego rzeźby, lekkie wbrew swej "kamienności". A wszystko razem jak w "Ukrytych pragnieniach" Bertolluciego...

 

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

23:15, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »

    

W stylu belle epoque. Balkonik w starej kamienicy, zupełnie niewielki, ale w sam raz, żeby przysiąść z książką i napić się popołudniowej herbaty. Żeliwne meble, zupełnie takie same jak na starych fotografiach. Nic dziwnego - znów są modne i na powrót odlewane z wzorów sprzed stu lat.

    

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

21:29, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2009

Taras w bloku, intymny i przestronny, został urządzony młodzieżowo, kolorowo, z pomysłem, ale bez prowizorek. Kafelkową podłogę zastąpiły panele z drewna akacjowego, pośrodku wyrósł trawnik z rolki. Trawa rośnie w niskich skrzynkach-paletach i wymaga znacznie mniej zachodu niż kwiaty.

Propozycja dla tych, którzy w środku miasta przez kilka letnich miesięcy życzą sobie mieć egzotyczne wakacje bez choroby lokomocyjnej, zmian stref czasowych i obowiązkowych szczepień...

Zdjęcia: Agencja Gazeta, stylizacja: Aleksander Lesiak   Copyrights: AG / Aleksander Lesiak

13:39, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009

Wakacyjne zdjęcia powstają w setkach i tysiącach. Na koniec urlopowe kadry i tak lądują hurtowo na twardych dyskach komputerów.

Czasem, wydrukowane, zapełniają pudełka po butach na dnie szafy. Z rzadka poukładane w chronologicznej kolejności opowiadają historie w albumach fotograficznych. Najlepsze warto oprawić w ramki i stale mieć na oku. Powieszone na ścianie lub postawione na biurku są miłym akcentem we wnętrzu. Fotografia, ta całkiem amatorska, bez artystycznych ambicji, tworzy intymną i niebanalną atmosferę. Drobne usterki (takie jak na przykład złe wykadrowanie, albo „czerwone oczy”) można poprawić przy użyciu najprostszych darmowych programów. Fajnie jest dodać passe-partout. Passe-partout to tekturowe obramowanie fotografii, które możemy wyciąć sami lub kupić gotowe w sklepach z materiałami dla plastyków. Zastosowane w jednym kolorze ujednolici zdjęcia i zgra je z kolorystką pomieszczenia. Podobny rezultat osiągniemy, gdy fotografie oprawimy tylko w jeden rodzaj ramek tego samego rozmiaru. Wybór ramek, albumów i innych akcesoriów jest ogromny. "Antyoprawy", czyli wizytowniki i antyramy, ramki drewniane, metalowe, z plastiku, bogato zdobione albo bardzo proste. Oprócz tego albumy: z miejscem na zdjęcia i podpisy albo tradycyjne w grubej oprawie ze stronami poprzedzielanymi pergaminowym papierem.

W ponad stupięćdziesięcioletniej historii fotografii było wiele innowacji, które poszerzyły popularność amatorskiego robienia zdjęć. Od pierwszych przenośnych aparatów, poprzez błony fotograficzne, aż do zmiany stylu życia i powszechnej mody na letnie wyjazdy urlopowe. Jednym z kroków milowych było na pewno pojawienie się w 1934 roku aparatu Kodak Baby Brownie sprzedawanego za jednego dolara. Do dzisiaj uważany jest za ikonę XX-wiecznego designu. Polską ikoną popularnej fotografii stała się Zorka 5.

Nawet najprostsza lustrzanka nie dla każdego jest jednak prosta, aparat Polaroida rozwiązywał wszystkie problemy i skracał całą procedurę robienia fotografii zaledwie do jednej czynności - naciśnięcia przycisku. W latach 90. nadeszła era aparatów zwanych małpami, tanich i prostych. Miały wiele wad, ale i tę zaletę, że zdjęcia mógł robić każdy. I dzisiaj, po cyfrowej rewolucji, mają swoich zwolenników, bo kto nie lubi czaru starych zdjęć z wakacji?

 

Tekst i stylizacja: Aleksander Lesiak

zdjęcia: Arkadiusz Ścichocki / Agencja Gazeta

Copyrights (tekst i stylizacja): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta

12:11, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Komentarze (1) »
środa, 24 czerwca 2009

Do tej pory Warlikowski miał szczęście zarówno do publiczności jak i do krytyki. Jego „Król Roger” w paryskiej Opéra Bastille przerwał tę dobrą passę…

Powiedzieć, że przedstawienie zostało przyjęte chłodno to mało, Warlikowski, który wykazał się dużą odwagą wychodząc na scenę po przedstawieniu, został po prostu wybuczany. Na tle owacji jakie otrzymali wykonawcy i orkiestra, musiało to być szczególnie dotkliwe. O przedstawieniu dosyć obszernie napisał Jacek Hawryluk w „Wyborczej”, ograniczę się więc jedynie do osobistego zachwytu Olgą Pasiecznik w roli Roksany i Mariuszem Kwietniem w roli Rogera (który nie tylko świetnie śpiewa, ale i świetnie wygląda).

 

Trudno mi polemizować z zarzutami jakie stawia się Warlikowskiemu, ale scenografię można zaliczyć zdecydowanie na plus przedstawienia. Jest oszczędna, momentami wręcz ascetyczna i dzięki temu pełna wyszukanego piękna. Małgorzata Szcześniak konsekwentnie stosuje ograniczone palety barw. Sceny „basenowe” (basen jest centralnym elementem scenografii) robią duże wrażenie. W połączeniu z choreografią Saar Magal tworzą oniryczne, pełne magii obrazy. Ci którzy chcieliby osobiście o tym przekonać, mają jeszcze szanse do 2 lipca.

Le Roi Roger – opera w trzech aktach Karola Szymanowskiego (1926) z librettem Jarosława Iwaszkiewicza, Opéra Bastille.

22:37, aleksander.lesiak , Paryż
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 czerwca 2009

Dzikie, kolorowe, czy bestie nie wiadomo… O ile jeszcze takiego tygrysa można od biedy o jakieś (domniemane choćby) bestialstwo podejrzewać, to za żyrafę, surykatkę i zebrę musiałby się wziąć chyba sam pan prezes. Żyrafy, tygrysy i inne grasują po ścianach paryskich domów za sprawą MOSKO. Zwykle w 18, 19 i 20 dzielnicy, ale przykład powyższy świadczy dobitnie, że i w centralnych dzielnicach nie można się czuć bezpiecznie. MOSKO są (jest?) bytem podwójnym, to panowie Michel Allemand i Gérard Laux. Tygrys na zdjęciu straszy na rue des Rosiers, w sercu dzielenicy Le Marais. Bojaźliwi mogą schronić się w żydowskim wyszynku (drzwi obok), wypić pięćdziesiątkę polskiej wódki i zagryźć strudlem. Odważni niech strzelają migawką aparatu i tropią po Paryżu innych uciekinierów. W polowaniu można wspomóc się adresem: http://www.moskoetassocies.fr/. Powodzenia.

15:11, aleksander.lesiak , streetart
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Kiedyś na poważnie, teraz dla żartu.

Poroża były kiedyś czymś więcej niż tylko bajerem do powieszenia na ścianę. Podkreślały status pana domu, były trofeami myśliwskimi, świadczącymi o odwadze. Zdobiły wiejskie rezydencje i pokoje w stylu myśliwskim. Ciągle są amatorzy takich ‘'ozdób'', ale dla większości z nas poroże stało się synonimem obciachu na równi z makatką z jeleniami na rykowisku. Teraz nieoczekiwanie powracają, potraktowane z przymrużeniem oka, wzięte w cudzysłów, doskonale odnajdują się we współczesnych wnętrzach.

 

Sala leśna w restauracji Ale Gloria pełna jest poroży. - Sala jest zaaranżowana z myślą o mężczyznach, którzy lubią takie klimaty. Ciężka, mroczna atmosfera, jak w lesie tuż przed polowaniem. Poroża są oczywiście drewniane, lecz wyglądają jak prawdziwe, nasi goście często dają się nabrać - mówi Łukasz Urbańczyk z Ale Glorii.

 

Kafka jest lokalem nowoczesnym, z elementami vintage. Zdecydowanie modnym i zdecydowanie bezpretensjonalnym. Poroża na jasnej boazerii są niczym wspomnienie weekendowej wycieczki pod Sztokholm albo Helsinki. Może gdzie indziej było by to na granicy dekoratorskiej porażki, we wnętrzach Kafki jest strzałem w dziesiątkę. Poroża niestety prawdziwe, ale wybaczamy.

 

O la, la! W sopockim arthotelu Lalala jest siedem pokoi, każdy inny, każdy wyjątkowy. Pokój numer 44 zaprojektowali Jakub Rebelka i Iwona Cybula. Tajemniczy, futrzany, leśny klimat. Totalny czad z czerwonym porożem nad łóżkiem. I z białymi różkami na drzwiach w roli wieszaków. Bardzo odważnie, erotyczne a nawet perwersyjnie. Można śmiało powiedzieć, że w tym pokoju przyprawiono nie jedne rogi.

                     

DK Living przygotował wspaniałe poroże antylopy z polerowanego aluminium. Prawdziwe rogi antylopy stosowane były do zabiegów magicznych i jako afrodyzjak. Dlatego teraz wiele gatunków jest na liście zagrożonych wyginięciem. Błyszczące poroże na ścianie robi wrażenie. Sam nie wiem czy bardziej ze względu na połysk, wielkość czy może kulturowe konotacje.


Restauracja Ale Gloria, Plac Trzech Krzyży 3 (Dom Dochodowy), Warszawa. Czynne codzinnie w godzinach od 11.00 do 23.00.
Kawiarnia Kafka, ul. Oboźna 3, Warszawa. Czynne od 9.00 do 22.00. Wi-Fi gratis.
Arthotel Lalala, ul. Rzemieślnicza 42, Sopot. Pokój dwuosobowy ze śniadaniem kosztuje 350 złotych, dwupokojowy apartament z trzema balkonami 700 złotych.
DK Living - produkty firmy dostępne są w sklepie internetowym vivre.com. Aluminiowe poroże antylopy kosztuje 650 dolarów, czas dostarczenia 8 tygodni.
Prawdziwe poroże możemy zawsze wyszperać u dziadka - myśliwego lub na targu staroci. W cenie od złotówki (za małe różki) do 4000 złotych (za całą kolekcję) znajdziemy na serwisie aukcyjnym allegro.pl.

14:50, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2009

Światowa stolica wina pełna jest zachwycających błękitów. Od delikatnych turkusów, poprzez odcienie niebieskiego aż po nasycone granaty i ultramarynę.

 

Bordeaux od niedawna jest na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO, odrestaurowana kamienna starówka jest naprawdę imponująca. Można stąd przywieźć wspomnienia wspaniałych budowli, butelkę wina albo... kolekcję inspiracji kolorem. Niebieski w Bordeaux jest wszechobecny, na każdym kroku występuje w dziesiątkach wersji, dużą sztuką jest nazwanie ich po imieniu. Czy to jeszcze granat? A może już ultramaryna? I czym się różni zwykły błękit od błękitu paryskiego?

 

Leżak kojarzy się jak mało co z wakacjami. Wiadomo, plaża, słońce i wielki błękit morza. Ale na leżaku poleżeć można przecież nawet na balkonie. Łatwo złożyć, łatwo rozłożyć. Ten, w kolorze zgaszonego turkusu pochodzi z letniej kolekcji Habitat.

 

Granat i turkus, turkus i granat. Te dwa kolory bardzo się lubią. Krzesełko jest składane, radyjko też przenośnie. Można taki zestaw wziąć pod pachę i udać się do ogrodu na wczasy pod gruszą. Radio firmy Lexon kupimy w Magazynie Praga za 190 złotych.

 

Nie zawsze latem pogoda dopisuje, niebo robi się granatowe i zanosi się na deszcz. Na rozgrzanie (i podgrzanie letniej atmosfery) herbata w granatowym kubku. Kubek PILA z Habitatu kupimy z sklepach Hoft (w warszawskich centrach handlowych Domoteka i Blue City).

 

Niebieski jak niebo, albo jak woda w basenie. Niebieski jest sprawdzonym i bezpiecznym pomysłem na łazienkę. Ręcznik SAXON kupimy w sklepach IKEA na terenie całego kraju za 12,99.

 

Gdy wszystko inne zawodzi, rozwiązaniem może okazać się szklaneczka czegoś mocniejszego. Kolorowy drink z parasolką jest dobry na lato, a potem na wspomnienie o lecie. W ogóle jest dobry cały rok. Kieliszek PRALIN kosztuje w IKEA 9,99.

 

Więcej o wnętrzach z Bordeaux (i z zachodniej Francji) przeczytamy w magazynie Maisons Coté Ouest (dostępny w wybranych sklepach wnętrzarskich i salonach Empiku).

19:57, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2009

 

Pięcioletnia Nadia uważa się za czarodziejkę i baletnicę, Ewa i Jacek są ceramikami, dwuletni Igor jeszcze nie wie, kim zostanie. Żeby do nich dotrzeć, trzeba pokluczyć po wiejskich drogach. Mieszkają w Brzączowicach, w gminie Dobczyce (około 30 km od Krakowa), w małym amarantowym domu nad jeziorem. "Biały byłby za jasny, amarant ładnie kontrastuje z zielenią powoju" - mówi Ewa. "A tak naprawdę ten kolor to był przypadek. Jechaliśmy do Krakowa i gdzieś przy zakopiance zobaczyliśmy dom w takim kolorze". Od właściciela wzięli kod koloru, potem wystarczyło go podać w sklepie z mieszalnikiem farb. Sześć lat temu była to zwykła wiejska chata kryta strzechą. Rodzice Jacka kupili ją na dom letniskowy. Po ślubie Ewa i Jacek stanęli przed wyborem: albo wspólny dom z rodzicami, albo samodzielne życie w bloku. Letniskowa chata okazała się niedroga w utrzymaniu - ogrzewają ją kozą i kominkiem. To wystarcza, żeby nie marznąć. Poddasze, które latem jest sypialnią, na zimę zamykają.

 

Uczyli się w szkole plastycznej w Wiśniczu. Potem on studiował ceramikę na wrocławskiej ASP, ona zmieniała pracownie ceramiczne, by w końcu założyć własną. Spotkali się po latach na majówce, którą zorganizowali ich wspólni znajomi ze szkoły w Glichowie, po drugiej stronie jeziora. "Wiśnicz trzyma się razem" - śmieje się Ewa. Pracują razem w swojej pracowni w Myślenicach. Jacek woli proste, praktyczne formy: misy, talerze, butle. Ewa lepi anioły, lubi zmieniać glinę w organiczne kształty. "Jacek toczy, ja lepię ręcznie" - tłumaczy. Jacek eksperymentuje ze szkliwami. Wynajdując nowe, zamienia się w alchemika (nie chce zdradzać, jak powstają). Naczynia wypalane są dwukrotnie. Najpierw w temperaturze 800-900 stopni C na biskwit. Potem zanurza się je w szkliwie. Przed wypaleniem szkliwo jest mętną, białą zawiesiną. Nic nie wskazuje na to, że zawarte w nim minerały pod wpływem temperatury uzyskają kolor i staną się połyskliwe. Drugie wypalenie wymaga absolutnej precyzji, "a i tak nigdy do końca nie wiadomo, co wyciągniesz z pieca" - mówi Jacek. Na wygląd szkliw krystalicznych (Jacka ulubionych) o fantazyjnych fraktalowych wzorach wpływ ma wszystko: temperatura, czas wypalenia, liczba przedmiotów w piecu.

 

Dzień upływa na załatwianiu drobnych spraw: trzeba jechać do pracowni, do urzędu, po glinę i podstawowe szkliwa. Czas odliczają od jednego do drugiego dużego zamówienia. Duże zamówienie to na przykład kilka tysięcy kubków z reklamowym nadrukiem. Dzięki takim zleceniom mogą robić "swoje" i myśleć o rozbudowie domu. A planów mają kilka. Chcą ocieplić letnią sypialnię, aby była całoroczna, przebudować kuchnię i ją doświetlić, w stodole przy domu planują małą pracownię z pokojem dla gości (siedem aut przed domem to normalny widok, przesiadują u nich znajomi, rodzina - siostra Jacka mieszka po drugiej stronie jeziora). No i koniecznie chcą mieć werandę.

 

Co roku przeżywają nową ceramiczną fascynację. Kiedyś były to ryby: małe, duże i ogromne. Potem liście, był też czas aniołów. Ostatnio - oprócz szkliw krystalicznych - geometryczne formy. "Japońszczyzna" to wynik znajomości z Kazu, Japończykiem, który osiadł w okolicy, oraz zamówienia na reklamowy gadżet dla japońskiej firmy - zestaw do sushi. Swoje prace podpisują różnie, czasem znakiem ryby (Ewa), coraz częściej po prostu "Budzowski", kiedyś odbiciem lustrzanym liczby 153 - to numer ich domu; swoją pracownię też tak nazwali: Studio 153. Gdy Ewa (nie pamięta przy jakiej okazji) natknęła się na biblijny fragment o połowie przez apostołów 153 ryb, nie wzięła tego za zwykły zbieg okoliczności. Właśnie czekają na zamówienie od Belgów. Jeśli wypali, ich prace będą sprzedawane w dwustu miejscach w Europie.

Tekst i stylizacje: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, Copyrights (tekst i stylizacje): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska

M jak mieszkanie nr 9 (56), 2004/09/01 - 2004/09/30, str. 22 - 26 / Wysokie Obsasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 238, 2003/10/11, str. 52 - 56

15:22, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Od niedawna są małżeństwem, rodzicami i działającymi na własny rachunek marszandami. "Chyba jest coś przełomowego w 30. urodzinach... - zastanawia się Małgosia. - W tym wieku wszyscy nasi znajomi postanowili coś w swoim życiu zmienić. Jedni brali śluby, inni zmieniali pracę, jeszcze inni wyjeżdżali". Małgosia też postanowiła coś zmienić. Po pięciu latach zrezygnowała z pracy w galerii Andrzeja Starmacha. Z mężem Marcinem i kilkumiesięczną córeczką Różą przeprowadzili się do nowego mieszkania wynajętego na krakowskiej Krowodrzy. Z oszczędności, które mieli, założyli własną galerię (ryzyko do krakusów niepodobne). 

Równo rok temu Gołębiewscy otworzyli na Józefa Novą. Zaczęło się od miejsca. "Znaleźliśmy na Kazimierzu maleńkie mieszkanie, okazało się, że można je połączyć z dozorcówką i w ten sposób będziemy mieli jakieś 30 metrów" - opowiada Marcin. To wystarczająco dużo na początek, wystarczająco dużo kłopotów...

 

Małgosia od dawna myślała o galerii nastawionej na współczesne polskie malarstwo, Marcin ze swoją żyłką do interesów stał się biznesową podporą rodzinnego przedsięwzięcia. Było w tym sporo szaleństwa; obrazy nie są towarem pierwszej potrzeby, zwłaszcza autorstwa malarzy, o których dopiero przyjdzie usłyszeć. Małgosia i Marcin twierdzą, że sporym sukcesem w tym biznesie jest już niedokładanie do galerii. Im udało się znacznie więcej. Znaleźli klientów, i to nie tylko wśród lekarzy, prawników, ale i takich, którzy obrazy kupują u nich na kredyt. "Nie ma na razie w Polsce rynku sztuki. Ale będzie" - twierdzi Małgosia. "Przykład galerii takich jak nasza mówi sam za siebie. Za parę lat plakat z marketu na ścianie będzie strasznym obciachem". Prowadzenie galerii to jedyne hobby, jakie aktualnie mają, na inne nie zostaje im już czasu. Wszystko się w ich życiu przemieszało - praca to pasja, pasja to praca, praca w domu, czas wolny w pracy... Obrazy w domu takie jak w galerii.

 

Przestronne ponadstumetrowe mieszkanie na Batorego pomogła im znaleźć mama Małgosi. Było dokładnie takie, jakie chcieli - "z oddechem", czyli wysokimi stropami, w zadbanej kamienicy z lat 30. Sąsiedzi - lekarze, artyści, i pewna aktorka, dobra znajoma Papieża, jak się o niej mówi. Jednym słowem mieszkanie bardzo mieszczańskie. A mieszczaństwa, jak twierdzi Marcin, to jedyna rzecz, która się nie starzeje. Mimo zagonienia pielęgnują swoje "mieszczaństwo". Herbata w imbryku, porcelanowe filiżanki, domowe ciasto... i kuchnia w starym dobrym stylu - bez mikrofali, za to ze spiżarnią. I może właśnie ze względu na mieszczański rys nie mogło być mowy o prowizorce, musiało być solidnie, "na stałe". Dlatego trudno uwierzyć, że to nie ich własne, ale wynajmowane mieszkanie.

 

Lubią kolor. Chociaż kolorystyka mieszkania jest raczej przypadkowa. Oprócz gabinetu. Marcin już po raz kolejny - wraz z biurkiem i szafą biblioteczną - przeprowadza swoje ulubione żółcie. Meble, jak to w Krakowie, z historią. Nie żadne tam kolekcje, ale solidne, z klimatem. Przy nich nawet sofy z Ikei zyskują na fasonie. A obrazy realistyczne, foto- i hiperrealistyczne, wciągające, chociaż nieco kiczowate. Małgosia opowiada o nich bez końca. I o autorach, bo każdego z nich zna - większość wystawia w Novej. Własna galeria to w ich wydaniu nie okazjonalne sączenie szampana na wernisażach (jak w serialu telewizyjnym). To całkiem normalny biznes - telefony, spotkania. Gdy jest taka potrzeba, obrazy pakują do swojego kombi i jadą kilkaset kilometrów, żeby je pokazać klientowi. W domu bywają na zmianę. Jedno zostaje z Różą, drugie jedzie do galerii. W weekendy zamykają swoje laptopy. Przyrzekli sobie: żadnego odbierania mejli w niedzielę. Nie zawsze się udaje.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska, stylizacja: Maria Maan Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Magdalena Pacana, Aneta Tryczyńska / Copyrights (stylizacje): Maria Maan

Wysokie Obcasy nr 17 dodatek do Gazety Wyborczej nr 97, 2004/04/24, str. 56 - 60

23:59, aleksander.lesiak , miejsca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 kwietnia 2009

Prosty pomysł na efektowną dekorację.

 

Puste ściany odeszły do lamusa. We wnętrzach rządzi kolor. Wzory, desenie i aplikacje coraz śmielej poczynają sobie nawet w nowoczesnych i minimalistycznych wnętrzach. Naklejki dobrze nadają się do szybkich zmian. Piętnaście minut i już! W sklepach i serwisach internetowych znajdziemy setki różnych wzorów, często dostępnych w kilkunastu kolorach. U nas dominują kwiaty i esy-floresy, na zachodzie popularne są też zdjęcia i odważne zapożyczenia z popkultury (od japońskiej mangi po Warhola).

 

Można je nakleić na ściany (zamiast szablonów, przy korzystaniu z których często robią się kłopotliwe zacieki), na fronty szaf i szafek i na sufity (zamiast plafonów). Naklejone na szyby, matowe i półprzezroczyste będą pełniły rolę nowoczesnych zazdrostek. Modne są też takie, które tworzą zaskakujące iluzje, podejmując grę z otoczeniem. Są trwałe, w normalnych warunkach przetrwają nawet pięć lat, a jak się znudzą, zawsze możne je odkleić.

 

Staramy się, jako zwichrowana para grafików, łączyć nowoczesny design z gustami naszych rodaków - mówi Kasia Rostowska z serwisu naklejkiscienne.pl - Mamy wzory roślinne i wiele ‘'offowych'' produkcji. Chcemy pokazać, że naklejka Space Invaders nad kanapą może wyglądać kapitalnie, że wchodząc do mieszkania i "napotykając" na podłodze w przedpokoju grę w klasy od razu poprawia się humor.

 

Naklejki można kupić między innymi w Empiku, Leroy Merlin, IKEA i w serwisach internetowych: naklejkiscienne.pl, szbloneria.pl, artofwall.com.pl i wielu innych. Ceny od kilkudziesięciu do kilkuset złotych.

18:23, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 kwietnia 2009

Sposób na ścienną nudę.

 

Przywożone dwadzieścia lat temu z Zachodu fototapety istniały w dwóch podstawowych wersjach: jesienny las i piaszczysta plaża z palmą (a może pamiętacie jeszcze jakieś?). Dla jednych były szczytem szpanu i obiektem pożądania, dla innych synonimem złego gustu i strasznym obciachem. Dzisiaj znów są na topie, niby podobne w zamyśle, ale jednak zupełnie inne.

 

Po pierwsze dostępne są w dziesiątkach rożnych wzorów, do wyboru, do koloru. Łatwe w montażu, bo samoprzylepne. Trwałe, bo wydrukowane na specjalnych materiałach 3-M, pokryte laminatem i zmywalne. Możemy je zatem wykorzystać w pokoju, ale też w kuchni i w łazience. Mają niestety jedną zasadniczą wadę, nie są tanie, kosztują około 200 złotych za metr kwadratowy. Wzory ze zdjęć znajdziecie na stronie artofwall.com.pl.

00:02, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 kwietnia 2009

W literach jest coś fascynującego. Nawet, gdy nie składają się w słowa. 

Niektórzy ich nie lubią. Victoria Beckham chwaliła się ostatnio w jakimś wywiadzie, że w życiu nie przeczytała żadnej książki. Inni przeciwnie, w domowych biblioteczkach maja kilka tysięcy woluminów, właśnie dlatego, że je przeczytali.

 

Abecadło z pieca spadło. Literki (cyferki czasem też) rozłażą się po ścianach i sprzętach. Zazwyczaj czarnobiałe, niekiedy lubią kolor. Występują na tapetach, lub jako naścienna naklejka z ulubionym cytatem (duży wybór znajdziecie na naklejkiscienne.pl).

 

Można im pomóc wejść na ścianę stosując szablon, albo użyć wczorajszą gazetę (w restauracji Dziki Ryż w Warszawie cudnie sprawdzają się naklejone stare, chińskie gazety). Dla miłośników podróży mapa Nowego Jorku (mam taką w przedpokoju - tapeta z Leroy Merlin, trzydzieści złotych za rolkę).

20:27, aleksander.lesiak , przedmioty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie było to żadne objawienie. Po prostu znaleźli działkę, która spełniała warunki: nie dalej niż 30 km od Warszawy i nie drożej niż 10 dol. za metr. Poza tym Justyna miała nadzieję, że jak ktoś kupi obok nich ziemię, w szczerym polu nie postawi gargamela, bo nie będzie miał inspiracji. Domów jest na razie niewiele, ale sąsiadów, z którymi się przyjaźnią, mają więcej niż w Warszawie (zawarli znajomość także z tymi, których budowlane plany są odległe).

 

Projekt domu zamówili u sopockiego architekta Rafała Degutisa. Przyjechał obejrzeć teren i przywiózł ze sobą gazetę ze zdjęciami domu, który mu się podobał. Im spodobało się i zdjęcie, i zaangażowanie młodego architekta. Zamówienie było proste: parterowy dom, płaski dach (odwołanie do modernizmu to sentyment do pierwszego wspólnego mieszkania w przedwojennej kamienicy na warszawskim Mokotowie), przestrzeń loftu. Ale prace na projektem trwały prawie rok. Najpierw architekt przedstawiał rzuty, dopiero później wspólnie pracowali nad bryłą. W efekcie powstały dwie połączone ze sobą części. Niższa to sypialnia, łazienki i garaż, wyższa to kuchnia otwarta na salon i antresola. Elewację chcieli mieć z dwóch materiałow - tynk i nie wiedzieli, co jeszcze. Cegła była za "słodka", piaskowiec za "miejski" i za drogi, beton za surowy. Na złoty środek wpadli w ostatniej chwili, już w trakcie budowy. Przypadkiem zobaczyli dom z szarej betonowej cegły. Z tablicy informacyjnej spisali namiary na kierownika budowy i w ten sposób namierzyli producenta.

 

Starają się kupować polskie produkty. Najlepiej idzie im w sklepie spożywczym, najgorzej w sklepie z ubraniami. Kupują polską "chemię", pieluchy. W czasie budowy domu sprawdzali, czy np. klej, który kupili robotnicy, jest polski, jeśli nie był, pytali dlaczego. Mówią, że do kupowania polskich produktów przekonały ich i wyższe cele społeczne, i jakość, i cena (dzięki której, jak twierdzą, stać ich było na wymarzony dom pod Warszawą). W łazienkach ceramika z Koła i baterie z Valveksu, okna zamówili w AdPolu, drzwi w Stolbudzie, wkład kominkowy u Hajduka, lampy w salonie wykonała na ich zamówienie firma Ramko, obity szarą wełną narożnik kupili w Domo Faber. Odstępstwem od regułu jest lodówka, bo nie znaleźli z kwasoodpornej stali u polskiego producenta. Wszystkie meble oprócz sofy wykonane zostały na zamówienie według ich projektów. "Lubimy mieć rzeczy, które powstały tylko dla nas" - mówi Justyna. Zaczęli wspierać już nie tylko polskie, lecz także lokalne. W swojej okolicy znaleźli stolarza - zrobił dla nich meble do sypialni i taras, tapicera, który naprawił i odnowił krzesła po babci, także szklarza. Efektem poszukiwań polskich producentów jest osiem segregatorów z informacyjnymi ulotkami.

 

Już w trójkę planują kolejne przedsięwzięcia - kilka miesięcy po przeprowadzce urodził się Antek (do rodziny należy jeszcze Zoltar - kot syjamski). Półki na antresoli, bo w końcu trzeba wyjąć z pudeł książki. Ogród. Trochę tęsknią za dniem, kiedy nie będzie już nic do zrobienia i staną z drinkiem na antresoli, patrząc z góry na to, czego dokonali.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Michał Mutor / AG, stylizacja: Elżbieta Matuszewska Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Agencja Gazeta / Copyrights (stylizacje): Elżbieta Matuszewska

Wysokie Obcasy nr 41 dodatek do Gazety Wyborczej nr 244, 2004/10/16, str. 44 - 47

13:49, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009

Tomek (typ samotnika, "gbura", który podobno zyskuje przy bliższym poznaniu) początkowo mieszkał w Falenicy sam. Potem wprowadziły się do niego kolejno: Kinchi, Darcy i Trupol (koty), Sylwia z Joką (psem), dwiema walizkami i kilkoma książkami. Sylwia miała zostać na trochę. Pół roku temu urodziła się Nadia, córka Sylwii i Tomka. Gdy dom spodobał się twórcom "Przyjaciółek", serialu w MTV, bohaterki filmu też w nim "zamieszkały" na kilka dni.

 

W dzieciństwie Sylwia trochę zazdrościła koleżankom ich kolekcji strojów dla Barbie i historyjek z Donalda. Sama nie potrafiła niczego zbierać. Na krótko zainteresowała się jedynie zbieraniem znaczków. Tomek przeciwnie. Lubi łączyć przedmioty w wymyślne ciągi kolekcji. Wymyślne, bo ułożone według tylko jemu znanej logiki. I nazywa przewrotnie to swoje kolekcjonowanie "gromadzeniem". Ma całkiem sporo zgromadzonych czarnych płyt, od Led Zeppelin, Lou Reeda i AC/DC, przez Michaela Jacksona, Kajagoogoo i Wham, po Debussy'ego, Prokofiewa i soundtracki z "Flashdance" i "Jana Serce" (na co dzień reżyseruje teledyski, które zna każdy, kto chociaż trochę interesuje się muzyką, kręcił wideoklipy dla Reni Jusis, Fisza, Fiolki, T. Love, Blue Café, a ostatnio Sidneya Polaka; kręci również reklamy, najbardziej znana to chyba ta o "popieprzonych kurczakach"). Do tego masa kompaktów, książek i albumów. Niewielki zbiór trójwymiarowych obrazków dewocyjnych. Ostatnio Tomek poluje na bajki dla dzieci na taśmie 8-mm. "To ma być dla Nadii - tłumaczy. - Jak trochę podrośnie".

 

Zaraził Sylwię zbieractwem w jednym przypadku. Samochody mają cztery. Stare, piękne graty. Sylwia ma saaba 96 w kolorze budyniu waniliowego, którego pieszczotliwie nazywa "Budyniem". Tomek ma saaba 900. Wspólna jest pomarańczowo-czarna "cytryna" (citroën 2CV), czerwoną właśnie sprzedali. Renault 4 - tak stary, że nadaje się tylko do przewożenia drewna do kominka - jest u nich na dożywociu. Planowali kiedyś sprzedaż saaba, tylko że Tomek myślał o saabie Sylwii, a Sylwia o saabie Tomka. Do ugody między nimi w kwestii sprzedaży samochodu nie doszło.

 

Osobny podzbiór stanowią przedmioty, których nijak nie da się przyporządkować. Czasem ładne, częściej jednak osobliwe. Pod sufitem zawieszony jest na żyłce wampir z pchlego targu w Berlinie (trochę podobny do tego z czołówki "Wieczoru z wampirem"). Wystarczy włączyć guzik i kukiełka lata w kółko, machając skrzydłami i mrugając na czerwono oczami. Kiedyś był główną atrakcją imprez. W galerii osobliwości jest także odpustowa Myszka Miki, która robi salta na drążku, elektryczna gitara z teledysku (w finale klipu miała być roztrzaskana, ale tak się Tomkowi spodobała, że zmieniono scenariusz), drewniane figurki kobiet naiwnego twórcy Ziętka.

 

Wystawy to oddzielna działka. Kiedy pozwala na to czas i pieniądze, po prostu wsiadają w auto i jadą przed siebie. Trzy miesiące temu z trzymiesięczną Nadią pojechali do Berlina na wystawę fotografii Henri Cartier-Bressona i Helmuta Newtona, a że Nadia dobrze znosiła podróż, a w Amsterdamie była akurat wystawa prerafaelity Dantego Gabriela Rossettiego, to pojechali i tam, po drodze wpadając do Wolfsburga na wystawę instalacji świetlnych Olafura Eliassona. W Amsterdamie dowiedzieli się o wystawie Joana Miró w Paryżu. To na wystawach Tomek kupuje plakaty, które potem oprawione wiesza na ścianach - z wystawy "A Factory" poświęconej Andy'emu Warholowi, "Heaven" o boskości w popkulturze czy "Arrache mon coeur" duetu fotograficznego Pierre et Gilles. Na wystawach zaopatrują się też w albumy i inne okolicznościowe gadżety jak kubki i zakładki do książek.

Tekst: Aleksander Lesiak
Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Dorota Karpińska
Copyrights (tekst): Aleksander Lesiak / Copyrights (zdjęcia): Rafał Lipski / Copyrights (stylizacje): Dorota Karpińska

Wysokie Obcasy nr 43 dodatek do Gazety Wyborczej nr 256, 2004/10/30, str. 46 - 50

13:43, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 kwietnia 2009

W Łazienkach, obok Nowej Pomarańczarni znajduje się niepozorna szklarnia, w której mieści się zakład tkacki. Drugiego takiego nie ma ani w Warszawie, ani w całej Polsce. To ostatnia działająca manufaktura żakardów w Europie.

Żakardy to rzadko spotykane barwne tkaniny wyrabiane na specjalnych krosnach, które skonstruował w 1805 roku Joseph-Marie Jacquard. Były one wówczas prawdziwą tkacką rewolucją. Maszyna mogła kierować każdą nitką osnowy osobno, tworząc wzór na całej powierzchni tkaniny. Przy tym do jej obsługi potrzebna była tylko jedna osoba. W zakładzie w Łazienkach podwieszone pod sufitem płótna rozpraszają wpadające światło. Na końcu długiego pomieszczenia stoi biurko, przy którym siedzi Dariusz Makowski, właściciel manufaktóry "Ład". Po obu stronach dwanaście starych krosien, z których każde zmienia setki nici w barwne tkaniny. Przy wejściu solidna lada, półki z belami materiałów, jak w sklepie bławatnym sprzed lat.

Tkaczki w zakładzie Makowskiego najpierw zakładają nici osnowy, potem zawiązują nici wątku: lniane, jedwabne, wełniane. Zajmuje to jeden dzień. Następnie w maszynie umieszczają taśmę z wzorem. W tekturowych płytkach z okrągłymi dziurkami zaklęty jest wzór słuckich pasów, geometrycznych rombów z lat 60. i fantazyjnych girland sprzed dwóch stuleci. Odpowiednio wykończone tkaniny stają się serwetami, obrusami, ozdobnymi kilimami, pasami kontuszowymi czy narzutami. Mogą też być tapetami lub obiciami. Z usług manufaktury korzystają głównie dekoratorzy wnętrz na planach filmowych, restauratorzy zabytków i cudzoziemcy. Manufaktura "Ład" to spory kawałek polskiej tradycji tkackiej zamknięty na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Miejsce wyjęte z rzeczywistości wnętrzarskich supermaketów serwujących tkaniny jak hot dogi: kupić - powiesić - za sezon zmienić. Żakardy z "Ładu" trzeba poznać, polubić ich subtelną kolorystykę i docenić ich specyficzną fakturę. W przypadku manufaktury tkackiej mamy do czynienia z produktem wysokiej jakości w kategoriach: tkanina użytkowa i dekoracyjna, ciekawe miejsce i niebanalne wętrze. Czy ktoś z Was wie czy to miejsce wciąż istnieje?

Manufaktura tkacka "Ład" w Łazienkach, Wielka szklarnia przy Nowej Pomarańczarni (wjazd od ulicy Parkowej).

19:04, aleksander.lesiak , miejsca
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3